4 skuteczne metody, jak się zrelaksować i odpocząć po pracy

To nie taka prosta sprawa, żeby całkiem wyjść z pracy. Bo nawet jeśli relaksujesz się w domu na sofie (wiadomo, na kanapie w dzisiejszych czasach leżeć nie wolno – nie modne), i ciągle o niej rozmyślasz (rzecz jasna o pracy a nie o sofie), to mentalnie nadal w niej przebywasz. A w takiej sytuacji nie tak łatwo o odpoczynek albo spokojnie przespaną noc.

Jak to zmienić? – najlepiej czytać dalej :-)

4 podstawowe lekcje relaksu i odpoczywania po pracy

Gdybyś usłyszała, że w szkołach dzieci mają lekcje „relaksu i odpoczywania”, pewnie byś się zdziwiła. Choć z drugiej strony jakoś wcale nie dziwi nas to, że wszyscy jesteśmy bardzo zestresowani. Codziennie! I że to norma. Dlaczego?

Moim zdaniem u podstaw większości problemów leży niewiedza. Stresujesz się, ponieważ nie wiesz jak się relaksować i odpoczywać. Dlatego kurs „relaksu i odpoczywania” czas zacząć. Skup się, przed Tobą kilka podstawowych lekcji:

1. Nie licz na spontaniczność, zorganizuj sobie relaks zawczasu

Jeśli zostawisz swoją głowę bez dozoru, i w dodatku usuniesz zajęcie, którym imała się przez ostatnie 8 godzin, nie oczekuj, że w ciągu sekundy zapomni o tym wszystkim i przestanie się stresować. Albo że natychmiast wpadnie na świetne relaksujące pomysły.

Nie przestanie. I nie wpadnie. Zmęczony i spracowany umysł przypomina szczeniaczka – który puszczony samopas narobi Ci tylko szkód (i może doda coś ekstra na dywan). Dlatego przygotuj się z wyprzedzeniem: zorganizuj mu wolny czas, pokaż palcem jak ma się odprężyć, podpowiedz i pomóż.

Kiedy zabierasz sobie sprzed nosa muffinkę – podstaw (atrakcyjną) podmiankę. Na przykład koktail jagodowo-jogurtowy. Analogicznie, jeśli zabierasz swojej zestresowanej głowie pracę sprzed nosa, przygotuj to, co wstawisz na jej miejsce. Zaplanuj, nadal priorytet i wyznacz sobie atrakcyjny i relaksacyjny cel. Zawczasu!

A kiedy już zamkniesz za sobą drzwi od pracy – przejdź do realizacji swojego relaksacyjnego planu. W ten sposób nie wciskasz hamulców na maksa i nie uderzasz głową w ścianę. Tylko powoli zwalniasz tempo, i jednocześnie zmieniasz kierunek myślenia.

Dzięki temu masz się na czym skupić. I najważniejsze, że to coś NIE jest Twoją pracą, ale na przykład: ogródkiem, malowaniem małych dzieł sztuki na własnych paznokciach, kolekcjonowaniem znaczków czy czymś równie ekscytującym.

2. Dokładnie prześledź swój najgorszy z możliwych scenariuszy

Wróciłaś do domu, siedzisz w wygodnym fotelu z kubkiem gorącej herbaty, a mimo to w myślach nadal się stresujesz? Całkiem możliwe, że masz powód. Może zbliża się jakiś ważny termin, projekt albo bardzo trudna rozmowa.

Co robi Twoja zestresowana głowa, która nadal nie wyszła z pracy, mimo że „odpoczywa” w domu? – puszcza stary przebój, pt. „a co, jeśli…?” (na pewno niektóre z tych szlagierów już wcześniej słyszałaś: „a co jeśli mi się nie uda?”, „a co jeśli zmienią zdanie?”, „a co jeśli mnie zwolnią?”). Zestresowany umysł może tak w nieskończoność.

Na szczęście, nawet na to jest rada. Otóż ponoć kiedy odśpiewasz do końca piosenkę, której nie możesz pozbyć się z głowy (choć bardzo chcesz, bo ile można śpiewać „kolorowe jarmarki” Maryli Rodowicz!!??), to Twój mózg w końcu wyjdzie z tego błędnego koła i melodia ucichnie.

Ten sam trik zastosujemy i w tym przypadku. Doprowadź swoje zmartwienia aż do samego końca. Co to znaczy? Odpowiedź sobie na pytanie: „co jeśli ci się nie uda?”. Mało tego, weź do ręki długopis, kartkę i dokładnie krok po kroku prześledź swój najgorszy z możliwych scenariuszy.

Opisz, co się stanie jak wszystkie opcje zawiodą i wszystko, na co liczysz, nie wypali. Następnie odpowiedz sobie na 2 pytania: „Co mogę zrobić, żeby czarny scenariusz się nie ziścił?” oraz: ”Jak mogę naprawić straty, gdyby najgorsze się jednak stało?”

Nie ograniczaj się. Spisz wszystkie możliwe pomysły, jakie Ci przyjdą do głowy. W ten sposób zobaczysz wyraźnie to, czego się boisz i co nie pozwala Ci się zrelaksować po pracy.

A kiedy przelejesz na kartkę swój cały stres i strach – zobaczysz też, że o wiele łatwiej będzie Ci się przestawić na tryby relaksacyjno-kapciowe. (No i gotowe, teraz muszę odśpiewać te nieszczęsne koguciki…)

Więcej o tym bardzo skutecznym ćwiczeniu przeczytasz tu.

3. Dokończ to, co zaczęłaś

Ludzki umysł lubi domknięcia. Czyli woli obejrzeć film do końca niż przerwać w 3/4 długości. Woli umyć wszystkie naczynia niż zostawić jedną szklankę w zlewie. Woli dokończyć zadanie i dopiero wtedy iść do domu niż przerwać w połowie i kontynuować na drugi dzień.

A co się stanie, jeśli nie uda Ci doprowadzić spraw do końca? Będziesz ciągle myślała o filmie, o tej smutnej szklance w zlewie, no i o tej niedokończonej sprawie, która czeka na Twoim biurku w pracy.

Niby wróciłaś do domu, niby zajęłaś się swoimi paznokciami, a mimo to ciągle myślami wracasz do pracy. To może dotyczyć projektu, ważnego maila, albo niedokończonej rozmowy z szefem. Płynie z tego prosty wniosek – przed wyjściem z pracy do domu dokończ wszystkie zadania, które zaplanowałaś na dziś. Twój umysł doczeka się swojego domknięcia i wszyscy będą zadowoleni.

A co jeśli Twojego zadania nie da się zamknąć w jednym dniu i będziesz musiała je ciągnąć przez wiele dni? – W tym momencie rozparceluj je na mniejsze cząstki, a Twój umysł zadowoli się domknięciem danych etapów.

Aha, i jeszcze jedno: na jakieś 15 minut przed końcem pracy nie bierz się za nic, czego wiesz, że już dziś nie dokończysz.

4. Medytuj

Oczywiście nie dam rady nie wspomnieć o uważności. Bo po prostu nie wierzę, że istnieje spokój wewnętrzny bez uważności.

Usiądź w ciszy, zamknij oczy, odpręż napięte mięśnie (najczęściej ramion, wokół oczu i szczęki) i po prostu oddychaj. Słuchaj swojego oddechu. Spróbuj – z naciskiem na spróbuj – zauważyć to, co dzieje się w Twoim ciele, jak się czujesz, jakie myśli przelatują Ci przez głowę. I wróć do oddechu.

Nie daj się wciągnąć w wewnętrzny dialog, tylko go zauważ z perspektywy muchy na ścianie. I oddychaj. Tyle. Niby niewiele a jednak uspokaja. Dodatkowo ćwiczy umysł koncentracji na tym, co TY chcesz, a nie na tym, co mu się zamaniło.

Ok, ok, wiem, że to nie jest takie łatwe. Że przez kilka(naście) pierwszych sesji uważność bardziej przypomina poobiednie drzemki niż medytację. Że są momenty zniechęcenia bo na efekty trzeba poczekać. Że czasami trudno opędzić się od swoich myśli, które brzęczą jak osy, a niekiedy i żądlą. Wiem, bo przerabiałam.

Ale zdanie podtrzymuję: nie wierzę, że istnieje spokój wewnętrzny bez uważności. Nawet jeśli początki są trudne.

No dobra, kilka podstawowych lekcji relaksu za Tobą. Teraz czas przejść od teorii do praktyki. Którą wybierzesz jako pierwszą?