5 przekonań, które być może brałaś za prawdę (do dziś)

„Nie myl mojej ciszy z ignorancją,
mojego spokoju z aprobatą,
mojej życzliwości ze słabością.”

autor nieznany

Lubię ten cytat. Bo on wyraźnie pokazuje, jak łatwo pomylić niektóre sprawy.

Sprawy, które często mylimy ze sobą. A potem zastanawiamy się: „Czemu coś tu nie gra?…”

A niby jak ma grać, skoro z góry zakładamy, że to jedno i to samo?

Jakieś konkrety? Proszę bardzo – poniżej pięć przykładów.

1. Nie jesteś problemem

W którejś z książek przeczytałam powalające na kolana dwa zdania: „Nie jesteś problemem. To problem jest problemem.”

Być może w pierwszym odruchu masz ochotę zakpić: „ot wielkie mi odkrycie” – ja tak na początku zrobiłam. Ale kiedy dłużej się nad tym zastanowić, odkryjesz, że to bardzo ważne przesłanie.

No bo zobacz: nie ma człowieka bez problemów . Wszyscy mieliśmy ich setki w przeszłości, poradziliśmy sobie z nimi lepiej lub gorzej i ruszyliśmy dalej do przodu.

A jeśli chcesz go rozwiązać raczej lepiej niż gorzej – nie utożsamiaj się z nim. Bo kiedy wierzysz, że kilka kilo nadwagi przekreśla Ciebie jako osobę i przekształca w jeden chodzący problem – to takie podejście pożre ogromne ilości Twojej energii.

Natomiast jeśli problem oddzielisz od siebie i przestaniesz się z nim identyfikować, postawisz z boku i przyjrzysz się z pewnego dystansu – wtedy o wiele łatwiej sobie z nim poradzisz i szybciej znajdziesz rozwiązanie.

Patrząc na problem w taki sposób, mierzysz się jedynie z nim, a nie ze sobą.

2. Zapracowany wcale nie musi oznaczać produktywny

Chociaż oba przymiotniki łączą się z pracą, to jednak niekoniecznie mają ze sobą wiele wspólnego.

Znasz takie osoby, które nigdy na nic nie mają czasu, zawsze przychodzą spóźnione, a ich komórka ciągle dzwoni? Puff… dla spokojnego wrażliwca, takiego jak ja, samo przebywanie z człowiekiem-chaosem pobiera dużo energii.

Mogę więc sobie jedynie wyobrażać, jak kosztowne jest ciągłe przebywanie w centrum huraganu. Bo niezaprzeczalnie, taka osoba w przeciętny dzień spala bardzo dużo energii. Sęk w tym, że chaos rzadko przekłada się na produktywność.

3. Obserwacja to nie ocena

Poznaj siebie – to pierwszy i najważniejszy kierunek własnego rozwoju.

Kiedy spróbujesz zapoznać się sama ze sobą, łatwiej Ci będzie określić, co chcesz robić w życiu. Dowiesz się, jak porzucić ograniczenia nałożone przez innych, pozbyć się blokad, wyjść z błędnego koła niekonstruktywnych myśli, by w końcu wziąć odpowiedzialność za to, co się z Tobą dzieje.

A mimo to… ludzie raczej przemilczają ten temat, albo wręcz obierają przeciwny kierunek: skupię się na wszystkim, tylko nie na sobie.

Czemu tak jest? Myślę, że problem tkwi w zrównywaniu obserwacji z oceną. A przecież to dwie zupełnie różne sprawy!

Jedynym celem obserwacji jest poznanie. Obserwujesz siebie tylko po to, żeby lepiej siebie poznać. I nie ma w tym niczego, od czego warto by uciekać i robić uniki.

Więc czemu tak często uciekamy? – bo zamiast obserwować, od razu oceniamy to, co widzimy: robię tak – wiec to dobrze, robię inaczej – więc to źle.

W momencie, kiedy połączysz obserwację z ocenianiem, odechce Ci tego wszystkiego. Kiedy wyobrazisz sobie, że miałabyś 24 godziny na dobę żyć w sali egzaminacyjnej, gdzie komisja (żeby nie powiedzieć loża prześmiewców) ocenia Twój każdy krok – to bardzo szybko podziękujesz za taki interes. Bo kto by nie podziękował!?

Oddziel obserwację i ocenę, a zobaczysz, że zechcesz poznać osobę z lustra.

4. Słuchanie to nie wymyślanie riposty

Słuchanie przypomina obserwację.

Słuchasz po to, żeby poznać: kogoś, jego opinie, albo dowiedzieć się czegoś nowego. I choć brzmi to prosto, to – podobnie jak z obserwacją – trudno utrzymać jest ten stan.

Często, zamiast słuchać uważnie, czas, kiedy druga osoba mówi, wykorzystujemy na przygotowywanie własnej riposty.

Twoje słuchanie zamienia się w potakiwanie i wyczekiwanie na własną kolej: „no kiedy wreszcie skończy, bo teraz ja chcę coś powiedzieć”.

W taki sposób wcale nie słuchasz i wcale nie dowiadujesz się, co ktoś ma do powiedzenia. Zamiast tego przeprowadzasz próbę generalną własnego monologu tak, żeby zabrzmiał idealnie w Twoich uszach. W tym stanie nie jesteś odbiornikiem, ale nadajnikiem – a te dwie role się wykluczają.

5. Samoakceptacja to nie to samo, co wysoka samoocena

Fajnie jest móc siebie ocenić wysokimi notami. Wygląd 9, inteligencja 10, mądrość 8, dowcip 10 na 10! Świetnie, zdałaś śpiewająco. Tylko co, jeśli pomylisz się, wygłupisz, albo zabraknie żelu do włosów?

No cóż, wtedy, oceny idą w dół.

Raz zdajesz, a innym razem oblewasz. Innymi słowy: raz czujesz się świetnie, cieszysz się życiem, myślisz pozytywnie i kochasz świat, a za chwilę nienawidzisz siebie, popadasz w psychiczny dołek, zamykasz się w czterech ścianach i nie widzisz perspektyw na przyszłość.

Takie są oceny – chłodne, wykalkulowane, nawet wtedy, kiedy chwilowo przybierają postać wysokiej samooceny. Dlatego ocena – nie ważne jak wysoka by nie była – zawsze pozostanie oceną.

Z kolei samoakceptacja to kompletnie inna kategoria, która nie targa Tobą jak wiatr chorągiewką.

Jeśli akceptujesz to cały pakiet. Zalety i wady, sukcesy i błędy, dobre i ciężkie chwile, mocne stron i te bardzo słabiutkie.

Jak wynika z badań – jedynie samoakceptacja daje trwałe poczucie szczęścia. Jeśli chcesz poczytać o tym więcej, może ten tekst Cię zaciekawi: „Jak poprawić poczucie własnej wartości? – zastąpić je autoempatią”

No dobrze, to teraz Twoja kolej.

Jakie dwie rzeczy zestawiłabyś ze sobą, które na pozór wydają się podobne? Które kiedyś brałaś za prawdę, ale teraz widzisz, że bardzo się różnią? Podziel się proszę swoimi przemyśleniami w komentarzu :-)

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.