Dlaczego DIY nas uszczęśliwia

W latach czterdziestych ubiegłego wieku, na rynku amerykańskim pojawiły się ciasta w proszku. Kupujesz, mieszasz z wodą, wstawiasz do piekarnika, et voilà! Po domu rozchodzi się zapach świeżo upieczonych muffinek. Poezja.

Gdyby nie jeden szkopuł – niezbyt dobrze się sprzedawały.
Dobrze smakowały i szybko się przyrządzały – więc w czym problem?

A no w tym, że ciasto przygotowywało się zbyt szybko i zbyt łatwo! Ludzie mieszali gotowiec z wodą i nie czuli, że to ciasto jest ich własnej domowej roboty. Tylko że zrobił je ktoś inny, gdzieś w fabryce.

Producenci, nie tracąc cennego czasu, wprowadzili poprawkę w swój produkt. Usunęli z mieszanki jajka i mleko. Od tej pory, żeby zrobić ciasto trzeba było samemu odmierzyć kilka składników, dodać gotową mieszankę, dokładnie wymieszać (może nawet wyciągnąć mikser z szafki i zmiksować!) i dopiero wtedy wstawić do pieca.

Sprzedaż ciast w proszku poszybowała w górę.

Dlaczego? Bo coś, w co wkładasz własną pracę i serce, znacznie zyskuje na wartości, a Ty na poczuciu szczęścia i pewności siebie.

Praca, która prowadzi prosto do szczęścia

Domowy jogurt, dywan ze sznurka, ozdobna szkatułka, kolczyki, herbata korzenna, abażur na lampę, krem do twarzy, kubek z gliny, koszyk z papierowej wikliny, stolik nocny, remont mieszkania – projektów typu DIY (do it yourself = z angielskiego, zrób to sam) nie brakuje! Tak samo jak instrukcji, tutoriali, półproduktów i narzędzi do ich wykonania.

Tylko po co? Przecież wszystko to można po prostu kupić albo zamówić. Dlaczego na własne życzenie wysilamy się zamiast poleżeć brzuchem do góry?

Okazuje się, że mamy ku temu wiele ważnych powodów, sam zobacz:

  1. Zwiększona wartość

    Znaczek „własna robota” dodaje wartości każdej rzeczy. Naukowcy to fajnie nazwali „efektem IKEA”. Czyli stolik, który musisz skręcić sam w domu, będzie według Ciebie cenniejszy, ładniejszy i lepszy, niż gotowiec, który musiałbyś jedynie wnieść do domu i postawić obok fotela.

    W Twoich oczach ten stolik (nawet jeśli się gibie) wygląda na 5 razy bardziej wartościowy niż gotowy ze sklepu. Podkreślam: „w Twoich oczach”, bo ktoś, kto nie widział Twojej wylanej krwi, potu i łez podczas odczytywania instrukcji i pracy ze śrubokrętem, niestety nie doceni tego stolika aż tak bardzo. Ale! przecież to Twoja praca, Twój wysiłek a przez to i Twoja radocha.

  2. Satysfakcja i pewność siebie

    Nawet mały projekt, ale doprowadzony do końca, w który włożyłeś swoje umiejętności i serce, nie tylko daje Ci wiele satysfakcji, ale także buduje Twoją pewność siebie. Udowodnia, że masz wszystko to, czego potrzeba, żeby osiągnąć sukces. Pokazuje Ci jak to jest, kiedy osiągasz sukces i jesteś z siebie dumny.

  3. Kreatywność

    Nie dzielimy się na takich, którzy są kreatywni i tych, którzy nie są. Każdy z nas nosi w sobie kreatywność. Szczerzej pisałam o tym tu. Pomysły DIY świetnie sprawdzają się jako zdrowe i ciekawe ujście Twojej kreatywności.

  4. Relacje

    Wspólne zainteresowania to jedne z tych spraw, które bardzo skutecznie przyciągają ludzi do siebie. Pomysły „zrób to sam” skupiają wokół siebie ludzi o podobnej energii i kreatywności. To całkiem fajny sposób, żeby nawiązać kontakt z kimś ciekawym.

  5. Przyjemność

    Telewizor czy monitor zaczyna nieco się przejadać, dlatego szukamy alternatywy. DIY nie tylko jej dostarcza, ale uaktywnia, uruchamia wyobraźnię, daje satysfakcję, cieszy oko i duszę.

  6. Terapia

    Kiedy pytam moją mamę, co jej daje wyszywanie obrazu metr na metr z 3 milimetrowego haftu krzyżykowego – odpowiada: spokój.

    Wchodząc do swojego warsztatu (jakkolwiek malutki on jest) w pewnym sensie przekraczasz granicę czasu i przestrzeni. Wchodzisz w inny tryb funkcjonowania. Inaczej liczysz czas i swoje osiągnięcia. Skupiasz się, powtarzasz pewne czynności dziesiątki a może i setki razy (w przypadku krzyżyków na pewno tysiące). A przez to relaksujesz się, odprężasz, koisz nerwy i uspokajasz.

  7. Kontrola

    Czy to sweter na drutach czy drewniany stolik na kawę – czymkolwiek się zajmujesz, daje Ci to poczucie kontroli. Nie podporządkowujesz się innym ludziom ani współczesnym trendom, bo w przypadku DIY Ty je wytyczasz. Ty kontrolujesz sytuację. Ty decydujesz o wszystkim. I Ty cieszysz się tą świadomością.

Dwie podstawowe zasady radości z DIY

Zanim zabierzesz się za tkanie dywanu albo przewiercanie się do sąsiada, dwie sprawy – żeby projekt własnej roboty przyniósł Ci te wszystkie korzyści, o których pisałam wyżej, zadbaj o to żeby:

  • Doprowadzić go do końca. Pomysły porzucane w trakcie pracy – niestety nie dają poczucia szczęścia, pewności siebie ani odprężenia. Mogą nawet sprawić, że poczujesz się gorzej niż kiedy zaczynałeś. Dlatego nie zrażaj się tym, że śmietana się zwarzyła, a młotek o mało nie trafił w palec. Doprowadź swój pomysł do końca, nawet jeśli miałby się gibać.

  • Twój projekt miał sens. Jeśli dziergasz sweter, to po skończeniu nie pruj go, bo chcesz zacząć inny. Zainwestuj w nową włóczkę i zabierz się za kolejny. Kiedy robisz coś, a potem z powrotem rozbierasz swoją własną pracę na części pierwsze, pozbawiasz swoich pomysłów sensu. A my, ludzie, nie lubimy robić czegoś bezsensu. Nie czerpiemy z tego ani radości, ani motywacji do działania. Dlatego znajdź dla swojego dzieła jakieś przeznaczenie, poczęstuj nim całą rodzinę, noś na sobie, postaw na półce czy sprezentuj komuś na urodziny.

Więc jeśli chciałbyś poczuć więcej pozytywnej energii w swoim życiu i zrobić coś dobrego dla siebie – łap się za młotek, wałek do ciasta, albo pistolet do kleju i zrób to sam :-)

Podejrzewam, że skoro zaciekawił Cię ten tekst, to lubisz przeznaczać swój wolny czas na realizację swojego DIY.

Ja na przykład czasami sięgam po wiertarkę, wyrzynarkę albo szydełko, a ostatnio nauczyłam się robić kremy do twarzy, choć jest to wbrew mojej silnej (i sięgającej szkoły podstawowej) awersji względem chemii. A Ty? Pochwal się w komentarzach, co robisz, opisz swoje sukcesy, nawet jeśli nie trzymają poziomu ;-) Zdjęcia mile widziane! :-)

Wsparcie: