Dlaczego warto nie być tolerancyjną osobą

Człowiek z natury jest dobry.

Chce współpracować, dogadywać się, lubić i być lubianym. Bo wtedy czuje się najlepiej, pracuje najlepiej, zdrowieje, ufa, tworzy, uczy się, otwiera się i rozwija.

Dlatego żeby zacząć kogoś nienawidzić, musi swoją naturę oszukać. Musi przekonać swój własny umysł i serce, że obiekt jego nienawiści nie jest człowiekiem. Prof. Philip Zimbardo autor słynnej książki „Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło” (oraz wielu innych psychologów społecznych) nazywa ten proces dehumanizacją, czyli odczłowieczaniem.

Dopiero wtedy mogą zacząć nienawidzić. Dopiero wtedy w ich głowach wszystko się układa: to nie jest człowiek, więc mogę go źle traktować. Gdyby to był człowiek, czujący, płaczący, wrażliwy, to nie mogę mu tego zrobić, ale że nie jest – droga wolna.

Ludzie są z natury dobrzy i jednocześnie wpadli na pomysł, jak swoją naturę przechytrzyć.

Dehumanizacja zaczyna się od słów

Dehumanizacja zaczyna się od słów – mówi wykładowca i autorka Brené Brown. Słowa, jakimi nazywasz swoją rzeczywistość, nadają jej kształt i znaczenie. To od słów, jakimi nazwiesz osobę o innym kolorze skóry niż Twoja, o innym stylu życia niż Twoje, o innych poglądach niż Ty – zależy, jak go potraktujesz.

Dlatego istnieje cała masa obraźliwych, degradujących i pejoratywnych określeń, np. na homoseksualistów, czarnoskórych, żydów, kobiety, i wiele innych grup społecznych, których wartość się umniejsza. To narzędzia, którymi wykonuje się dehumanizację.

I właśnie dlatego, jeśli Twój wujek obrażał kiedyś przy Tobie którąś z tych grup, dobrze pamiętasz słowo, którego używał, żeby ich odczłowieczać. Być może Ty też je powtarzasz, albo odwrotnie, masz na nie alergię.

Żeby nienawidzić drugiego człowieka, musi on w naszej głowie stracić status pełnoprawnej, równorzędnej do nas osoby. Inaczej nienawiść nie wyjdzie. Jeżeli będę kogoś widzieć jako równego mnie – nici z nienawiści. Owszem, mogę się z nim kłócić, niezgadzać, obrażać się na niego, krzyczeć, tupać nogami i trzaskać drzwiami, ale nie będę odbierać mu jego praw do samostanowienia.

Kolejnym słownym zabiegiem dehumanizacji jest zadawanie pytań poddających owo człowieczeństwo pod wątpliwość. Wojciech Mann i Krzysztof Materna zrobili to wprost, w swoim skeczu z cyklu „Tętno pulsu” (do znalezienia na youtube).„Czy kobieta to człowiek?” – padło pytanie do „eksperta”, a ten odpowiedział: „Pod słowo kobieta możemy podstawić cokolwiek: kangur. Czy kangur to człowiek? Owszem, ma dwie nogi, dwie łapy i łeb, prawda? I torbę na zakupy.” Dlatego wg owego „eksperta” człowiekiem go nazwać nie można.

Śmieszy nas pytanie zadane wprost: czy kobieta to człowiek?, ale przecież na porządku dziennym słyszymy lub sami zadajemy takie same pytania:

  • Czy kobieta bezdzietna to człowiek?
  • Czy kobieta samotna to człowiek?

Jest tego więcej:

  • Czy związki partnerskie to nadal związki?
  • Czy osoby homoseksualne mogą wziąć ślub i mieć dzieci?
  • Czy aborcja i invitro powinny być dostępne?
  • Czy osoba innej orientacji seksualnej niż heteroseksualna to człowiek?
  • Czy osoba o innym kolorze skóry niż biały to człowiek?
  • Czy osoba z innego kraju to człowiek?
  • Czy para bez ślubu to ludzie?

Kangurze pytania kwestionują podstawowe człowieczeństwo tych grup społecznych. Pytają: czy to też są ludzie? A więc, czy im też należy się wolność, wybór, szacunek, równość i prawo o stanowieniu o sobie?

Kiedy pojawiają się takie kangurze pytanie w telewizji albo w głowie, włączamy tryb poszukiwań odpowiedzi. Jedni krzyczą „tak, oczywiście że kobieta to człowiek” a inni „kobieta to kangur”.

Największa bieda tej sytuacji NIE polega na tym, że słychać tych drugich.

Faktycznym problemem nie jest odpowiedź, ale samo pytanie i to, że wciąż je zadajemy. Ono degraduje pytającego, odbiorcę jak i wszystkich świadków, którzy tego słuchają i uczą się, że pytanie „czy kobieta to człowiek?” jest rozsądne i uzasadnione i że można je stawiać.

Izolacja nie jest lekarstwem na strach, ona jest przyczyną strachu

„Nienawiść rodzi się z ignorancji. Strach jest jej ojcem, a izolacja jest jej matką. Kiedy czegoś nie rozumiemy, zwykle się tego boimy, a jeśli się przed tym izolujemy, strach rośnie, i czasem zamienia się w nienawiść.” – twierdzi Christian Picciolini, autor, mówca, były neonazista, i współzałożyciel organizacji Życie Po Nienawiści. (Bardzo polecam jego TED’a, do odnalezienia na youtube.)

Odbieranie innym praw do decydowania o sobie ma na celu izolację. Ktoś, kto kwestionuje człowieczeństwo kobiet czy homoseksualistów, chce odebrać im prawo do stanowienia o sobie, po to żeby przejąć to prawo samemu. A następnie zrobić z nich kogoś bardziej podobnego do siebie. Mają wyglądać jak on, i żyć jak on. Mają być podobni, a nie tak bardzo inni. Cel: odizolować się od inności i otoczyć się „takisamością”.

Izolacja od wielkiej bioróżnorodności jaką jest człowiek, na pierwszy rzut oka wydaje się dobrym rozwiązaniem. Odsuwam od siebie to, co inne i od razu jest mi lepiej. Jednak na drugi rzut oka, a już zwłaszcza na trzeci, izolacja pokazuje swoje bardzo brzydkie strony.

Kiedy wszystko, czym żyjesz, staje się ujednolicone, tym bardziej zaczynasz się bać. Prosty przykład: wystarczy chodzić do pracy tą samą drogą przez rok, żeby się przekonać, że kiedy zechcesz zmienić trasę, to wywoła w Tobie dyskomfort, niepewność, napięcie, strach, stres albo choćby stresik. Ta zasada daje o sobie znać przy głupstwach, więc tym bardziej przy poważnych tematach.

A strach ma to do siebie, że z czasem rośnie. Nie rozchodzi się po kościach. Nie znika jak szarlotka u mnie w domu. Tylko rośnie w siłę. Dlatego, jeśli bałaś się psów będąc małą dziewczynką, i nic z tym nie zrobiłaś – dziś, jako 35 letnia dorosła osoba, boisz się ich nadal.

Izolacja nie jest lekarstwem na strach, ona jest przyczyną strachu. Im bardziej się izolujesz, tym bardziej się boisz. Lekarstwem na strach jest odwrotność izolacji – otwarcie się: na nowe trasy do pracy, na psy i na różnorodność osób żyjących obok Ciebie. Dlatego mówi się, że ciężko jest nienawidzić ludzi z bliska. Podobnie jak i psów z resztą.

Jeśli nie chcesz krzywdzić innych – zainteresuj się sobą

Otwarcie się na inność to trudne zadanie. Zwłaszcza jeśli nosisz w sobie nieufność, strach, krzywdę, bo ktoś Ci ją wyrządził dawno temu.

A nie ma takiej możliwości, żeby przejść przez życie i nie doświadczyć bólu. Co tam przez życie! Nie ma takiej możliwości, żeby przejść przez dzieciństwo i nie doświadczyć bólu. Na tej planecie to norma, choć ciężko nam przyjąć ją do wiadomości. Dlatego często w reakcji na ból szukamy winnego.

Niektórzy obwiniają innych ludzi, a niektórzy obwiniają siebie. Ci pierwsi, wyjmują swoje cierpienie na zewnątrz i obrzucają nim innych. Co nie znaczy, że mają dobrego cela. Często nie potrafią trafnie zlokalizować osoby, która faktycznie ponosi odpowiedzialność za ich ból. Wtedy obrywa się zupełnie niewinnym przechodniom, którzy przypadkiem stali obok.

To oczywiście w niczym nie pomaga, bo nie dotyka sedna problemu. To jedynie generuje nowe problemy. Bo źródło bólu nie znajduje się w przechodniu, który akurat ma inny kolor skóry niż Ty, albo który nie ma na palcu obrączki jak Ty.

Źródło bólu nosisz w sobie od wielu lat, dlatego tak bardzo Ci przeszkadza. Zrób zwrot ku sobie z łagodnością, zamiast ku innym z nienawiścią. Tylko to pierwsze leczy. Drugie wywołuje wojny światowe.

„Najpewniejszym sposobem na popadnięcie w obłęd jest zaangażowanie się w sprawy innych ludzi, natomiast najszybszą i najskuteczniejszą metodą terapii jest zajęcie się swoimi własnymi sprawami.” – powiedziała Melody Beattie, a ja się pod tym podpisuję wszystkimi kończynami, jakie posiadam! Bierzmy przykład z Króla Juliana, który słusznie twierdzi: „muszę skupić się na tym, co w anegdocie zwanej życiem jest najważniejsze – na sobie”.

Nigdy nie nazywam siebie osobą tolerancyjną, bo nie chcę nią być

Od zawsze mam niechęć do słowa tolerancja. Nigdy nie nazywam siebie osobą tolerancyjną, bo nie chcę nią być.

Jeżeli powiem Ci, że toleruję Twoją obecność w moim domu, to czy poczujesz się miło ugoszczony, albo przynajmniej potraktowany po ludzku? Wątpię.

I wraca znowu kangurze pytanie. Pytam siebie: „Czy osoba homoseksualna to człowiek? Czy mam go traktować z szacunkiem? Czy należy mu się prawo do wyboru swojego życia, partnera, rodziny, pracy, miejsca zamieszkania?”. Toleruję oznacza: udzielam pozwolenia na posiadanie przez tą osobę praw do życia, z obostrzeniami oczywiście, jakimi ja uznam za rozsądne. Innymi słowy, stawiam siebie wyżej, i decyduję o tym, jak on ma żyć.

Dlatego nie chcę być tolerancyjną osobą, bo tolerowanie czyjegoś istnienia to stanowczo za mało, żeby zachowywać się po ludzku. I stanowczo za dużo dla ego, które gotowe pomyśleć sobie, że to ono rozdaje wejściówki na ten świat i ma prawo decydować, kto może po nim chodzić, a kto musi zejść do podziemi.

Tolerować to ja mogę średnio atrakcyjny zapach dziegciu w moim szamponie, ale nie istnienie innych ludzi na naszej Błękitnej Kropce. Innych ludzi mogę zrozumieć, a przynajmniej postarać się ich zrozumieć na tyle, na ile potrafię sercem oraz rozumem.

Jeżeli jakość naszego życia ma się kiedykolwiek poprawić, przestańmy w końcu zadawać sobie kangurze pytania i z łagodnością zróbmy zwrot ku sobie, a wszyscy na tym dobrze wyjdą.

P.S. Przy tworzeniu tego tekstu nie ucierpiał żaden kangur. Uwielbiam je, tak jak i z resztą wszystkie inne zwierzaki (ok, przyznaję, ćmy które wieczorem wlatują do mojego pokoju uwielbiam troszkę mniej).

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.