jesienne liście`

Jeśli ktokolwiek powiedział Ci, że nie jesteś kreatywny, przeczytaj ten tekst

To dzięki 13-letnim badaniom, przeprowadzonym przez Brené Brown, dziś wiemy, że 85% z nas pamięta przynajmniej jedno wydarzenie ze szkolnych lat, które tak mocno ich zawstydziło, że zmieniło ich samoocenę do końca życia. Połowa z tej ogromnej grupy przyznaje, że wstyd wycelowany był w ich kreatywność.

„Nie umiesz rysować, lepiej się zajmij czymś innym!”
„To musisz poprawić!”
„Nie nadajesz się do śpiewania.”

Takie i podobne uwagi, przyczyniły się do tego, że 50% z przebadanych osób nosi na sobie coś, co Brené Brown określa jako „blizny kreatywności”.

Co prawda nie mogę poprzeć się na własnych badaniach, ale moje spostrzeżenia i doświadczenia z pierwszej ręki podpowiadają mi coś jeszcze: już jako dorośli ludzie, rany kreatywności zadajemy sobie najczęściej sami.

Żadne słowo krytyki, żadna kąśliwa uwaga, ani krzywa mina nie zaboli Cię tak mocno, jak ta, która jest potwierdzeniem tego, co już wcześniej pomyślałeś o sobie sam.

A jeśli myślisz, że tylko Ty tak masz, spójrz na te cyfry: 85% i 50%. Nie bez podstaw są takie wysokie. Rozejrzyj się wokół siebie i zrób badania na własną rękę. Policz, ile osób które znasz, wyruszyły w swą kreatywną podróż. Policz wszystkich, którzy nie wykręcają się tysiącem różnych wymówek: bo jestem za młody, bo jestem za stary, bo nie mam pieniędzy, zdolności, ani czasu, bo mam migrenę, dzieci, nie znam się i nie wiem od czego zacząć, lepiej zajmę się czymś poważniejszym, bardziej produktywnym i mniej dziecinnym. No i jak? Ile naliczyłeś osób, które dają sobie całkowite zielone światło na własną kreatywność i śmiało wciskają gaz, bez strachu o to, dokąd dojadą? Las rąk, co?

Albo zajmiesz się swoją kreatywnością sam, albo ona zajmie się Tobą

Pierwsze ślady kreatywności ludzkiej w formie sztuki, sięgają 40 tyś. lat wstecz, dla porównania, rolnictwa – około 10 tyś. Nie dzielimy się na takich, którzy są kreatywni i tych, którzy nie są. Taki podział nie istnieje, bo każdy z nas jest człowiekiem z krwi i kości, z umysłem i ciałem, a tyle właśnie trzeba, żeby nosić w sobie kreatywność. To nie jest Twój wybór. I przepraszam, że mówię Ci to tak bezpośrednio – w tej kwestii nie masz nic do powiedzenia. Po prostu jesteś osobą kreatywną i kropka.

Oczywiście, zupełnie inną kwestią jest to, co ze swoją kreatywnością robisz. A dokładniej: czy to Ty wykorzystujesz ją, czy ona Ciebie. Od razu zaznaczam – pierwsza opcja jest lepsza i o wiele bezpieczniejsza, dla Ciebie i wszystkich wkoło.

Jeśli używasz swojej kreatywności, to znaczy, że bierzesz w swoje ręce rozżarzoną kulę energii i bawisz się z nią jak piłką do kosza. Grasz, dokazujesz, szalejesz, tworzysz. Na miliony różnych sposobów: od pisania wierszy po ręcznie robione kolczyki, od egzotycznego tańca po uprawianie ogródka warzywnego, od pieczenia babeczek po strzyżenie pudli. Nie musisz być drugim Leonardem Da Vinci, Picassem, albo Beethovenem. Możesz bardzo kreatywnie zaparzać herbatę, projektować guziki, albo uczyć różnych sztuczek swego szczurka. Kreatywność ma tyle twarzy, ile ludzi na świecie.

Jeśli jednak uznasz, że jesteś za stary, za młody, za niski, za gruby, za biedny, za bogaty, za mało uzdolniony, i zatrzaśniesz przed swoją kreatywnością drzwi od wewnątrz, ona wejdzie oknem. W końcu i tak znajdzie sposób, żeby dać sobie upust. Ale to raczej Tobie się nie spodoba, bo puszczona samopas nie będzie się z Tobą konsultować w sprawie ujścia. Nieużywana kreatywność nie jest łagodna – mówi Brené Brown. Wtedy stajesz się kreatywny-inaczej. Złośliwości, zazdrości, kłamstwa, wstyd, krytyka, ocena, spiski, i tym podobne stają się centrum Twojego osobistego układu słonecznego, wokół którego krążą myśli, emocje, wybory i zachowania, dotyczące innych ludzi, ale w równej mierze Ciebie samego.

Podatek od kreatywności

Dlaczego nie sięgamy po kreatywność w postaci pędzla, igły czy ołówka? Bo bardzo boimy się powtórki z dzieciństwa, kiedy ktoś powiedział: „nie nadajesz się do tego”, albo: „jesteś do bani”. Mam pokazać światu wiersz lub piosenkę, którą napisałam? A co, jeśli się nie spodoba? A co, jeśli powiedzą mi, że marna ze mnie poetka? Co wtedy?

Prawidłowa odpowiedź na to pytanie brzmi: nic wtedy.

Nic nowego i nic zaskakującego. Bo kreatywność to bilet na świetną zabawę, od której też płacimy podatek. A jest nim ryzyko, że może się nie udać, nie spodobać, nie przyjąć i nie sprzedać. Nie ma innej drogi, albo skaczesz z tej krawędzi i bierzesz cały pakiet, albo nie ruszasz się z miejsca i zastygasz w goryczy.

A do płacenia podatków jesteś świetnie przygotowany i przyzwyczajony, uiszczasz je regularnie i urząd skarbowy ma z tym niewiele wspólnego. Podatek od przyjaźni to wysłuchiwanie mało wiarygodnych historii – jaką to największą rybę ktoś złapał. Podatek od związku to zmywanie naczyń po romantycznej kolacji. Podatek od pasji to długie godziny z nosem w specjalistycznych podręcznikach. Chociaż wysokie, to płacimy je, bo wiemy, że za nimi stoi coś ciekawego. Moja zaprzyjaźniona księgowa zawsze wszystkim klientom życzy dużych podatków, bo to pociąga za sobą jeszcze większe zyski.

Najgorszy jest dzień drugi

Tak stwierdza Brené Brown. Drugi dzień jest najgorszy, bo wtedy bierzesz do ręki swój pierwszy szkic, wersję bardzo pierwotną tego, nad czym siedziałeś pół poprzedniego dnia. To nie jest łatwy moment. Udało Ci się zrobić mniej niż planowałeś, gorzej niż przewidywałeś, a zmęczyłeś się przy tym bardziej, niż sobie wyobrażałeś. Bardzo bym chciała, żebyś teraz zrozumiał, jak kluczowe jest to, co z tym drugim dniem poczniesz.

Nieważne czy zacząłeś akurat nowy trening aikido, kurs kreatywnego pisania, czy po prostu kupiłeś sobie blok i kredki, od których w drugim dniu odwracasz wzrok, bo nie możesz się nadziwić, jak mogłeś wczoraj narysować takie szkaradzieństwo. Rozczarowanie, zawód, a przede wszystkim wstyd – tak bardzo chciałeś odkryć swoją kreatywność, sięgnąłeś do głębi swego serca, a już drugiego dnia wydaje Ci się, że zastałeś tam jedynie pustkę. I co teraz? Rzucasz wszystko? Mówisz mi: „Dziewczyno, co ty za bzdury opowiadasz”, albo „Wiedziałem, że tak będzie”?

Poczucie wstydu za to, z czym chcesz wyjść do świata, chwyta za gardło bardzo szybko. Ale na szczęście jest coś, co możesz zrobić kiedy dopadnie Ciebie to zwątpienie i rozczarowanie. Coś, co tak mocno podkreślam na Wonder And Ponder. Coś, czego zalet nie mogę się wychwalić. Coś, co leży u podstaw osobistego szczęścia, wiary w siebie i swoje siły, oraz w wytrwałości w realizacji założonych planów. Ale także coś, co dodaje skrzydeł kreatywnym przedsięwzięciom.

To autoempatia.

W tych okolicznościach, ani silna wola, ani samodyscyplina, ani tym bardziej krytyka nie sprawdzą się. Odłóż kij i marchewkę na bok. A w zamian wypróbuj autoempatię, czyli łagodność, odpuszczenie błędów i empatyczne podejście do samego siebie.

Realizujesz swoją kreatywność i za to jesteś wielki!

Powiedz sobie dokładnie to, co powiedziałbyś każdej osobie, którą kochasz: swojej 3-letniej siostrzenicy, albo przyjacielowi, którego znasz od przedszkola. Ja im wszystkim, włącznie z Tobą, mówię tak:

„To niesamowite i fantastyczne, że zacząłeś tworzyć! Nie przejmuj się efektem końcowym, patrz jedynie na to, czy dobrze się bawisz, kiedy ubrudzisz się farbą, obłożysz książkami, kiedy nogi Ci się już plączą w tańcu, a palce na klawiszach pianina. Wybacz sobie wszystkie potknięcia. Co z tego, że Twój gliniany garnek nie da się postawić na płaskiej powierzchni, że biały wiersz się rymuje, a spodnie które uszyłeś mają jedną nogawkę? To wszystko drobiazgi, nie patrz na nie. Po prostu twórz dalej. Realizujesz swoją kreatywność i za to jesteś wielki!”

Kiedy piszę te słowa, to patrzę na słońce, słucham sikorek i całkiem porządnie odmrażam sobie stopy na porannym mrozie. Dla mnie to impreza na całego. Ołówek, kartka i przyroda. I na tym mogłabym pozostać. Ba, przez długi czas tak właśnie było. Ale w pewnym momencie zrozumiałam, że to, co napiszę, albo cyknę aparatem, wcale nie musi być idealne i bez najmniejszej skazy. Bo wartością nie jest perfekcyjność, brak błędów stylistycznych, czy profesjonalnie wykadrowane zdjęcie jak spod ręki fotografa, ale to, że zaspokajam swoją potrzebę tworzenia w konstruktywny sposób, że daje mi to ogromną radość. A jeszcze lepsze jest to, że być może ktoś, gdzieś, w jakiś sposób zrobi pozytywny użytek z tego, co napisałam.

Robić coś kreatywnego dla samej radości tworzenia, nie dzieląc się z nikim to troszkę tak, jakby stać na krawędzi i nigdy nie skoczyć. Jasne, tam też jest całkiem miło, można wygodnie usiąść i podziwiać widoki. Ale mocno w to wierzę, że świat potrzebuje naszej twórczości. I jeśli Ty nie wyjdziesz ze swoją kreatywnością do świata, to jej złośliwa i krytyczna siostra bliźniaczka wyjdzie z Ciebie. A tego akurat światu nie potrzeba. Nikt nie siedzi i nie czeka z nadzieją w sercu i palcem na zegarku, kiedy w końcu zjawisz się ze świeżą dostawą frustracji i złośliwości. Za to na pewno jest ktoś, kto nałoży Twoje ręcznie robione kolczyki, kto w długi zimowy wieczór chce poczytać opowiadania Twojego autorstwa, kto nad jeziorem, przy ognisku chce posłuchać, jak grasz na gitarze. I to z ogromną przyjemnością.

Wsparcie:

  • Brené Brown – Rising Strong

  • Elizabeth Gilbert – Big Magic: Creative Living Beyond Fear

  • Magic Lessons with Elizabeth Gilbert – Ep. #12