Kiedy bezinteresownie pomagasz, a kiedy ubijasz interes

Kiedy bezinteresownie pomagasz, a kiedy ubijasz interes

Ostatnio byłam świadkiem intrygującego zdarzenia. Wsiadając do tramwaju, zauważyłam, że jedzie nim osoba na wózku inwalidzkim. Skasowałam bilet i znalazłam dla siebie wolny kawałek podłogi. Po kilku przystankach pasażer na wózku skierował się w stronę wyjścia. Na co pewien pan, najwidoczniej chcąc pomóc, chwycił za rączki wózka i zaczął pchać go w stronę drzwi. Szybko jednak odpuścił, kiedy osoba na wózku zaczęła na niego krzyczeć. Nie będę przytaczać tej wypowiedzi, bo usiana była niecenzuralnymi słowami, a używanie takowych nie leży w mojej naturze. Sens był jednak prosty i konkretny: nie życzy sobie żadnej pomocy, bo świetnie sobie poradzi sam. Wyjechał wózkiem na zewnątrz, a na pożegnacie rzucił jeszcze kwiecistą wiązankę w stronę tramwaju. Drzwi się zamknęły, a my pojechaliśmy dalej. Przez cały wagon, niczym meksykańska fala na stadionach, przeszedł szmer wielkiego oburzenia: „Jak można tak potraktować kogoś, kto chciał tylko pomóc???”

Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co tak naprawdę się wydarzyło.

Jedna osoba chciała pomóc drugiej – i to jest fakt. Ale czy na pewno to koniec tej historii? Jakie intencje kryją się za taką pomocą? I jakie oczekiwania?

Nie zaprzeczam: jegomość na wózku nie wykazał się nadmierną kulturą i mógł zareagować inaczej. Pewnie sobie pomyślisz, że większość pasażerów oburzyła się właśnie z powodu jego agresywnej i nieokrzesanej reakcji, a nie faktem, że nie chciał żadnego wsparcia. Jednak – gdyby odmówił pomocy grzeczniej, to czy na pewno nadal pozostałoby to bez komentarza?

Pomagając komuś wejść na górę, jednocześnie sam też pniesz się coraz wyżej

Nelson Mandela powiedział, że nie ma większego prezentu, niż dar czasu i energii, by komuś pomóc, nie oczekując niczego w zamian. A badania naukowe jedynie potwierdzają jego słowa – w stosunku do obdarowanego, jak i darczyńcy. Osoby, które regularnie udzielają się charytatywnie, w wolontariatach, czy po prostu chętnie pomagają innym, czują się zdrowsze, szczęśliwsze, mniej zestresowane i bardziej pewne siebie, niż ludzie, którzy tego nie robią.

Wychodzi na to, że pomagając komuś wchodzić pod górę, jednocześnie sam pniesz się coraz wyżej. Rozwijasz się, uczysz, poszerzasz horyzonty myślowe. A co za tym idzie – czujesz się lepiej, fizycznie i psychicznie.

Tak właśnie działa magia dawania.

Ale dawanie dawaniu nie równe. Słowa Nelsona Mandeli wyraźnie podkreślają: „nie oczekując niczego w zamian.” I z tym, według mojej obserwacji, w większości miały problem osoby w tramwaju, które oburzyły się reakcją pana na wózku.

Wysyłasz kartkę ze Świętym Mikołajem, naklejasz znaczek, idziesz na pocztę, albo dajesz prezent urodzinowy, prawisz komplement, czy też w porywie odruchów serca, sięgasz po portfel na widok bezdomnej osoby. Dajesz. Z dobrego serca i z czystym sercem. Piękne.

Ale czy na pewno niczego nie oczekujesz? Podziękowania, listu zwrotnego, telefonu, uścisku, dozgonnej wdzięczności, czy choćby uśmiechu?

Jeśli coś dajesz, spodziewając się czegoś w zamian, to ubijasz interes, a nie wręczasz prezent

Nie ma w tym nic złego, że dając, mamy pewien obraz tego, jak to „powinno” wyglądać. Jednak ten właśnie obraz potrafi odebrać całą radość dawania. Kiedy w przypływie miłości do bliźniego, podarujesz mu na ulicy 100zł, to już nie są Twoje pieniądze. Od tej chwili to on jest ich właścicielem i to on decyduje, na co je wydać. Twój akt dobroci zakończył się w momencie, w którym ta stówa wylądowała w jego kieszeni.

Odtąd osoba obdarowana przejmuje pałeczkę i zaczyna akt przyjmowania, a Ty kontroli nad nim już nie sprawujesz. Obdarowany może z Twoim prezentem zrobić, co mu się żywnie podoba. Bezdomny może wydać swoje pieniądze, na co tylko zechce. Świąteczną kartkę można powiesić nad kominkiem, albo oddać na makulaturę. Komplement może uskrzydlić, albo zasiać w głowie ziarno podejrzliwości. A prezent urodzinowy w postaci swetra z wielkim zającem na przedzie – no cóż, można jedynie odłożyć na najwyższą półkę… w piwnicy.

Nie możesz oczekiwać, ani tym bardziej przymuszać kogoś do noszenia swetra, kupowania chleba i kiełbasy, czy wyklejania ścian pocztówkami od Ciebie. Nie ma takiej potrzeby, a z pewnością nie ma w tym radości z dawania. Wręczać czy nie wręczać – oto Twoje pytanie, i na nim kończy się długa droga Twojego podarunku.

Jasne, milej by było usłyszeć: „Dam radę sam, ale dziękuję.” zamiast całej wiązanki nieparlamentarnych słów – tego absolutnie nie bronię. Fajnie jest uśmiechnąć się i docenić to, że ktoś uczynił gest dobroci w Twoim kierunku. Nawet jeśli pomyślał o Tobie akurat patrząc na sweter z zającem! Ale to jest już drugi koniec tego kija – czyli przyjmowanie. (O przyjmowaniu komplementów, prezentów i innych podarków pisałam jakiś czas temu, z okazji Dnia Życzliwości)

Jeśli życie to rzeka, to dawanie i branie jest jej nurtem

Kiedy woda płynie, jest krystalicznie czysta; kiedy się zatrzyma, staje się mętna. Dawanie i przyjmowanie to ciągła cyrkulacja i wymiana energii między ludźmi. Coś dajesz, coś dostajesz. Niekoniecznie w zamian za własny prezent.

Dawanie sprawia podwójną radość. Najpierw dla darczyńcy, a potem dla obdarowanego. I kiedy coś komuś dajesz, to nie oczekuj niczego w zamian, bo wtedy niełatwo jest rozróżnić, która strona ma większy powód do radości.

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.