Porównujesz się do innych? – to całkiem zrozumiałe. Tylko podejdź do tego bardziej świadomie

Porównania wcale nie są takie złe.

Żyjemy w grupach, patrzymy na siebie i porównujemy się. Nie ma w tym nic dziwnego. Ani złego, bo dzięki temu zmieniamy się i adaptujemy.

Jeśli zobaczę, że Ty użyłeś gliny do zbudowania domu, mocniejszego w porównaniu z moim, to może i ja zacznę jej używać.

Problem polega na tym, że zdrowo i bezemocjonalnie nie porównujemy się już prawie wcale. A sposób, w jaki używamy porównań, psuje nam humor, perspektywy na przyszłość i poczucie własnej wartości.

Jak przestać się porównywać do innych? – O tym tu nie przeczytasz. Dlaczego? Bo nie mieszkasz na bezludnej wyspie jak Robinson Crusoe i właśnie z tego powodu porównywać się będziesz. Pogódź się z tym.

Cała sztuka polega na tym, żeby porównywać się sprawiedliwiej, a przez to korzystniej dla siebie.

Jak? Pamiętaj o tych kilku sprawach:

  1. Nie porównuj swoich wad do czyichś zalet

    Oto jedno z największych przestępstw, które popełniamy na sobie. Bierzesz największy sukces koleżanki i swoją największą porażkę, stawiasz je obok siebie i porównujesz. Zupełnie zapominając o tym, że Ty też miewasz regularnie własne momenty chwały (wcale nie mniejsze niż koleżanki). Oraz o tym, że ona też miewa gorsze dni.

    Jeśli o tym wszystkim zapominasz, wyrządzasz sobie wielką krzywdę. Ani to sprawiedliwe, ani realistyczne. Wzloty i upadki, sukcesy i porażki dotykają każdego, bez wyjątku. Dlatego, kiedy zerkasz na innych – obejmij wzrokiem cały obrazek. (Więcej na ten temat przeczytasz w tekście pt. „Nie porównuj swoich wad do czyichś zalet”)

  2. Nie szukaj, bo znajdziesz

    Na Ziemi żyje ponad 7 miliardów ludzi. Jeśli szukasz kogoś szczęśliwszego, mądrzejszego, piękniejszego, bogatszego, wyższego niż Ty – to na pewno go znajdziesz. Masz to jak w banku.

    Zawsze wyłowisz kogoś, kto osiągnął większy sukces niż Ty, mniejszym wysiłkiem niż Ty, z większą satysfakcją niż Ty. Tylko co Ci to da? – frustrację, która zamieni każdego przyjaciela w rywala. Świat jest za duży, żebyś z każdym stawał w szranki.

  3. Zauważ, jak wielką masz konkurencję

    Największa różnica pomiędzy tym, jak porównywaliśmy się kiedyś, a jak robimy to teraz, polega na ilości. I wcale nie trzeba się tak daleko cofać. Jeszcze 20 lat temu porównywałabyś siebie, swoją karierę i męża zaledwie do około 10 osób z rodziny i 20 spoza.

    Dziś ilość osób, do których się porównujemy urosła do gigantycznych rozmiarów. Za pomocą internetu, telewizji, gazet, czasopism, plakatów, reklam i innych kanałów porównujemy się do setek tysięcy ludzi!

    Przyznaj sobie to szczerze – masz SPORĄ konkurencję. Która, w 90% nie wygląda, nie zachowuje się i nie żyje tak, jak to stara się pokazać w świetle reflektorów. Nie zapominaj o tym.

  4. Nie porównuj nieporównywalnego

    Żeby cokolwiek do czegoś porównać, trzeba to zmierzyć jakąś wspólną miarą. Sęk w tym, że miara mierze nie równa. Mało tego! Niektórych rzeczy po prostu nie da się wtłoczyć w miary i zmierzyć.

    Bo czym zmierzysz urok osobisty? Albo śmieszność abstrakcyjnych żartów Monthy Pytona? Co więcej, jak mówi ciekawa gra słów: nie wszystko, co da się zmierzyć, jest ważne, i nie wszystko, co ważne, da się zmierzyć.

  5. Weź pod uwagę, że nie wszyscy startujemy z tej samej pozycji

    Niektórzy rodzą się z idealnie symetryczną twarzą, świetną odpornością na choroby, albo naturalną charyzmą. Weź to pod uwagę za każdym razem, kiedy najdzie Cię ochota, żeby się z kimś porównać.

    I owszem, możesz to skwitować: „życie jest niesprawiedliwe” – i nie będę się z Tobą w tej kwestii spierać. Ale przypomnę Ci, że skoro życie nie jest sprawiedliwe, to Ty postaraj się być.

  6. Pamiętaj, że porównywanie się to niebezpieczna zabawa

    Co Ci daje porównywanie się do innych? Motywację, autentyczną radość, pozytywne myśli? Śmiem wątpić.

    Porównujemy się do tak dużej liczby ludzi i do tego w tak niesprawiedliwy sposób, że wynikiem tego jest przede wszystkim frustracja. W miarę czasu coraz mniej lubisz jedną z porównywanych stron: albo kogoś, albo siebie. A niewykluczone, że obie z nich jednocześnie.

    To największy koszt, jaki płacimy za zabawę z porównaniami. Szczerość relacji rozpada się tak samo jak poczucie własnej wartości.

Nie mówię Ci: „przestań się porównywać do innych”. To raczej marzenie a nie plan. Ale kiedy już zaczniesz się porównywać, miej świadomość powyższych punktów. W ten sposób otoczysz siebie ochronną bańką przed niszczycielskim wpływem porównań.

Ale co najważniejsze – oszczędzisz sobie poczucia nieadekwatności i niewystarczalności, który pojawia się jako dotkliwy efekt uboczny.

A jeśli Twój umysł nadal uparcie tkwi w trybie porównywania, mam dla niego jeszcze jedną propozycję:

  1. Porównuj się – ale do siebie samej

    Obiecaj sobie, że każdego dnia postarasz się choć troszkę rozwinąć (no, dobra, może nie każdego, zostaw sobie margines luzu :-)). Stań się pod jakimś względem lepsza niż byłaś wczoraj. Takie porównanie przyniesie Ci wiele korzyści. Bez przykrych skutków ubocznych porównywania się do innych ludzi.

    I jeśli mogę Ci coś zasugerować: postaw na autoematię. Postaraj się okazać sobie odrobinę więcej zrozumienia niż wczoraj. Zatroszcz się o siebie troszkę bardziej niż tydzień temu. Przyjmij do wiadomości, że istnieje jeszcze więcej Twoich zalet niż podejrzewałaś siebie o to miesiąc temu. Okaż sobie jeszcze więcej ciepła i wybaczenia niż kiedykolwiek wcześniej.

Nie będę Ciebie pytać, czy porównujesz siebie do innych, bo to robimy wszyscy. Powiedz lepiej jak to robisz i jaki wpływ mają na Ciebie te porównania? Podziel się swoimi przemyśleniami odnośnie moich propozycji. Jak to widzisz? Czy już stosujesz, czy masz zamiar?

6 komentarzy:
  1. Elwira
    Elwira says:

    Ja niektóre już stosuję regularnie, a niektóre do swojego życia od Ciebie chętnie zapożyczę. Dzięki! :) A z tym ciepłem i wybaczeniem, o którym wspomniałaś na końcu, to akurat w sam punkt, bo taka dosyć niezręczna sytuacja mi się przydarzyła, że mam ochotę schować się pod ziemię. Najgorsze jest to, że nie mam jak tej osoby przeprosić, i wielce prawdopodobne, że mieć nie będę. W sumie nie sądziłam, że robię coś złego, wręcz odwrotnie. Ale chyba przesadziłam z… dawaniem… wiedzy konkretnie (właśnie Emilka, będzie może jakiś wpis o dawcach i biorcach, i że warto w sobie równoważyć tendencje?). Mówiąc wprost – chyba się jednak trochę narzucałam i wyszło jak wyszło. :( Smutno mi jakoś, dziwnie i niezręcznie teraz. Chociaż – jak fajnie kiedyś pisałaś – warto dostrzegać szarości, więc wydaje mi się, że część z tej wiedzy jednak się tej osobie w życiu przyda ;) :)

    Odpowiedz
    • Emilia Mielko
      Emilia Mielko says:

      Mam nadzieję, że nie odczytasz tego jako zarozumialstwa z mojej strony, ale uważam, że ta osoba i cała sytuacja to była bardzo cenna lekcja dla Ciebie. Skąd to wiem? Bo sama takie przeszłam :-) I dokładnie wiem jak to jest. I oczywiście każdy wyciąga własne wnioski, i na pewno Ty już swoje wyciągnęłaś. Za to mogę się z Tobą podzielić moimi i ewentualnie porównasz ze swoimi :-)

      Więc ze mną to było tak, że kiedy dokonywałam jakiegoś „wielkiego odkrycia”, które zrewolucjonizowało (za każdym razem! :-) ) mój światopogląd, byłam pewna, że wszystkich wkoło uszczęśliwię, jeśli podzielę się z nimi tą wiedzą. Że jak komukolwiek opowiem o tym, to będzie się tą odkrywczą wiedzą cieszył i spożytkuje ją tak jak ja. No bo niby jak inaczej? „Ty to musisz wiedzieć, bo to poprawi Twoje całe życie. Moje poprawiło więc skorzystaj i wysłuchaj mnie.” – myślałam.

      I choć chciałaś dobrze, to nie może to się udać. Bo w takiej postawie brakuje troszkę akceptacji. I nie tylko akceptacji drugiej osoby, jej odmiennego patrzenia na świat, ale jej prawa do przejścia przez własną ścieżkę bez Twojej pomocy. Każdy ma swoje szczyty, na które się wspina, własnym tempem i własnym sposobem. Jasne, można od innych podpatrzeć technikę, pożyczyć sprzęt, itd. ale… nie da się wejść za nich na ich szczyt.

      Przykro mi Elwira, że w tym momencie czujesz się dosyć kiepsko z powodu tego, co się stało, ale warto się zastanowić nad znaczeniem tego wydarzenia. To może śmiesznie zabrzmi, ale w takich chwilach zawsze pojawia mi się ta myśl: „moje cierpienie nie pójdzie marne, chce coś z niego wynieść”.

      Wiesz, jestem fanką serialu M.A.S.H. W jednym z odcinków (akurat go dziś oglądałam) pada takie zdanie: „Wszystko można robić na dwa sposoby: na dobry i zły sposób. I złym sposobem jest przekonywanie innych do tego dobrego sposobu.” :-) Wierzę Ci, że intencje miałaś dobre. I wierzę też, że nie taki obrót spraw przewidywałaś. I przykro mi, że mimo to teraz jest Ci ciężko. I dokładnie w takich momentach autoempatia to najlepszy kierunek. Dlatego nie bądź dla siebie zbyt surowa :-)

      Odpowiedz
      • Elwira
        Elwira says:

        Emilka, bardzo Ci dziękuję, że po raz kolejny się ze mną podzieliłaś swoim doświadczeniem i wiedzą! :)

        Właśnie odczuwam tą chęć dawania wiedzy podobnie jak Ty. Ale wiesz co mi przyszło do głowy, tylko kurczę, jak to napisać, abyśmy znów nie uwierzyły, że mamy prawo innych nią zarzucać…. Napiszę tak jak potrafię, zobaczę, co z tego wyjdzie ;)

        W każdym razie mam na myśli to, że my jako empaci chyba cechujemy się większą świadomością siebie/świata/Wszechświata (szalenie mnie teraz interesuje fizyka kwantowa) i wg mnie fajnie, gdy dzielimy się tą wiedzą ze światem, wydaje mi się, że wiedza np. z psychologii, coachingu czy rozwoju duchowego, którą posiadam(y) może się przydać innym ludziom. Fakt, że – tak jak mówisz – nie jest dobrze, abyśmy się narzucali. A z tym, że każdy kroczy własną, niepowtarzalną ścieżką oraz we własnym tempie – również się zgadzam! Ponadto uważam też, że każdy ma prawo do bycia sobą, taki jakim jest, tzn. niech to jego życie, istnienie przejawia się w niepowtarzalny sposób. Podobno nie ma dwóch takich samych płatków śniegu – jeśli temu wierzyć i wziąć pod uwagę zasadę fraktalności wszechświata – to nie ma również dwóch takich samych ludzi. Co w sumie raczej oczywiste ;) Ale jak jakiś czas temu czytałam wpis o sobowtórach, to aż się zdziwiłam jak podobni fizycznie mogą być sobie obcy ludzie. Zresztą mój Bliźniak Energetyczny (Twin Flame), którego niedawno dane mi było spotkać również jest do mnie podobny, zresztą nie tylko fizycznie :) :) Serio.

        A wracając do mojej historii – to ufffff! Jest raczej spore prawdopodobieństwo, że głowa znów oszukała mnie tym dramatyzmem :) Chyba nie było tak źle. Ale pewność będę miała za kilka dni, może jutro. Póki co wydaje mi się, że ta osoba jednak chętnie słuchała, a to co się wydarzyło i spowodowało u mnie panikarskie myśli, nie było skierowane we mnie, tylko po prostu ta osoba miała “problem” ze swoją głową ;) Tak mi podpowiada intuicja (choć oczywiście liczę się z tym, że mogę się mylić). A ona ostatnio jakoś super się u mnie rozwinęła, ekstra działa, wiesz? Serio! Może mi nie uwierzysz, może pomyślisz, że to nic dobrego tak silnie jej ufać, ale ja aż jestem w szoku, że tak pięknie to Serducho podpowiada mi :) Może też właśnie dlatego, że historia owa dotyczy wspomnianego wyżej Bliźniaczego Płomyka, a u takich osób podobno tzw. zgodność wibracyjna wynosi 100{f7d8dfceeecfd292d6520ce50c4eb1b8b0890a6a7db650ffe9c1554c5319c0b0}, pewnie stąd to nasze superporozumienie.

        Emilka, nie wiem czy interesowałaś się już może tym zagadnieniami czy są dla Ciebie raczej nowe, niemniej mówię Ci warto! <3 Poczytaj sobie o wpływie świadomości na Wszechświat, o myślokształtach (zwlaszcza dla nas wrażliwców energetycznych wydaje się to szczególnie istotne, bo z łatwością przyciągamy każde energie – i korzystne (wysokowibracyjne – miłość, współczucie, czułość, zachwyt) jak i niestety niskie (strach, panika, poczucie winy). Odpowiedzią na ten moment wydaje mi się być miłość bezwarunkowa. Czytałam o tym ostatnio, przetestowałam i stwierdzam: faktycznie świetna sprawa! <3

        Jeszcze raz wielkie dzięki! Pozdrowienia! :)

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.