Rozwój to podróż a nie punkt docelowy

Rozwój to podróż a nie punkt docelowy

– Za co płacisz, kiedy idziesz do kina?
– Za bilet! Emilko, obudź się, dziecko drogie. – odpowiesz mi. I całkiem zresztą słusznie.

Zgadzam się, bilet to przepustka – wychodzisz z domu, jedziesz tramwajem, lub czymś podobnie zatłoczonym, wchodzisz do kina, wydajesz pieniądze. Tylko po co? Czego szukasz w tym doświadczeniu?

Odpowiedź brzmi: historii – to za nią chcesz zapłacić. Szukasz opowieści, w której masz nadzieję zobaczyć i poczuć coś Tobie bliskiego: podobną sytuację, podobny problem, podobne myśli, emocje, wrażenia, postawy, słowa. Przestać czuć się obco, a przez to źle i ciężko – choćby na niecałe dwie godzinki.

Bo to, co nas zatrzymuje w fotelu kinowym z ręką w popcornie, to nie happy end. Najbardziej ciekawią nas zmagania bohatera. Nie medal, ale treningi. Nie meta, ale sama podróż.

Dlatego nie przez przypadek twórcy filmów, scenarzyści, pisarze i inni bajarze, zmaganiom bohatera poświęcają 90{f7d8dfceeecfd292d6520ce50c4eb1b8b0890a6a7db650ffe9c1554c5319c0b0} treści swoich dzieł.

Nie wierzysz mi? To zastanów się, czy zapłaciłbyś za film, w którym:

  • Robert Kincaid zjawia się w Madison County, po czym Francesca pakuje walizkę, rzuca całe dotychczasowe życie, wyjeżdża z nim w siną dal i żyją długo i szczęśliwie;

  • Mark Watney, pozostawiony przez załogę na Marsie, uruchamia statek i bezpiecznie, cały i zdrowy wraca na Ziemię;

  • Kargul i Pawlak godzą się, przyjaźnią i tyle;

  • Sąsiedzi robią remont, niczego przy okazji nie niszcząc, bo wszystko zawsze im się udaje.

Czy takie filmy zainteresowałyby Ciebie? Z pewnością miałyby szczęśliwe zakończenie – i to w drugiej minucie – ale czy na pewno kupiłbyś bilet na taką opowieść? Wydaje mi się, że nie.

Bo uwielbiamy obserwować zmagania i problemy. Oraz to, w jaki sposób główny bohater radzi sobie z nimi i co robi pod koniec filmu, żeby wygrać ze swoim smokiem. A kiedy gasną światła i rozpoczyna się seans, to myślimy sobie: „Może to mnie do czegoś zmotywuje, może się czegoś nauczę – a nawet jeśli nie, to chociaż zobaczę, jak wygląda inna, niż moja, perspektywa.“

Jednak sprawa wygląda całkiem inaczej, kiedy to My mamy stać się tym bohaterem.

Wtedy interesuje nas przede wszystkim przyspieszony szczęśliwy koniec. Najlepiej minuta, dwie i po wszystkim. Zrobione. Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni idziemy do domu. „Przed” – źle, „po” – dobrze. Oto najpiękniejsza historia, jaką widziały Twoje oczy. A „w trakcie”? Nic. Nie wiadomo. Najlepiej przespać to jak niedźwiedź zimę.

No dobrze, to teraz mały zwrot akcji, mam do Ciebie drugie pytanie:
– Powiedz mi, drogi czytelniku, na jakiej zasadzie lata samolot?
– Na to pewnie składa się wiele czynników, wiele praw fizyki, całe mnóstwo procedur, jakieś opasłe tomiska instrukcji obsługi i bardzo dużo przycisków, migających światełek, zegarów i przełączników w kokpicie, oraz jeszcze większe ilości procesów myślowych, jakie zachodzą w umyśle pilota. – mogłaby, mniej więcej, brzmieć Twoja odpowiedź.

Tak właśnie lata samolot. Nie za sprawą jakiegoś pstryczka, który w jednej sekundzie zmienia tryb: „stoi na pasie startowym” na: „leci”.

I chociaż wiemy, że to niemożliwe i że to wszystko tak nie działa, to jednak – jakimś cudem – oczekujemy takiego przełącznika, który umożliwi szybkie przejście do szczęśliwego zakończenia filmu, z nami w roli głównej. Chcemy przeskoczyć szybciutko z linii startu, do mety, po czym zebrać medale i oklaski. Dlatego doradzałabym Ci ostrożność wobec wszystkich tych, którzy twierdzą, że taki pstryczek istnieje, i że zbudują go dla Ciebie.

Na szczęście jest też dobra wiadomość: istnieje całe mnóstwo podpowiedzi, instrukcji, wskazówek, ludzi, książek, praktyk. I to nimi usiana jest nasza droga. Drobnymi kamyczkami, po których przeskakując, idziesz dalej. To dobra wiadomość, bo uczyć się obsługi tak skomplikowanej machiny, jaką jest własne życie, można od każdego zdarzenia, słowa, drogowskazu, człowieka, czy sytuacji. I możesz to robić każdego dnia.

No dobrze, to od czego zacząć i za co się złapać?

Gdybym jednak miała zwrócić Twoją uwagę na jedną rzecz, która te trudne manewry ułatwi, bez wahania wybrałabym autoempatię. I nie mówię tego tylko na podstawie badań naukowych, ale także – a może przede wszystkim, na podstawie moich własnych doświadczeń. Bo największą rewolucję w moim życiu przeszłam wtedy, kiedy zaczęłam zwracać uwagę na to, co do siebie mówię.

Być może kojarzy Ci się to z dyrdymałami typu: „No tak, tak, lubię siebie, ale przejdźmy już do czegoś naprawdę ważnego”. Dość często odnoszę wrażenie, że marginalizujemy, albo omijamy wzrokiem to, w jaki sposób traktujemy samego siebie. „W końcu jest tyle ważniejszych spraw, niż jakaś tam łagodność dla siebie…”  

Chciałabym jednak Twój wzrok na nią nakierować. Nie na chwilę, ale na stałe. Tak, żebyś popracował nad współczuciem do samego siebie trochę więcej i trochę dłużej. Byś zastanowił się, czym ona jest i co dla Ciebie oznacza.

Dlaczego? Bo autoempatia, czyli przyjazne podejście do samego siebie, jest jak miękki i ciepły koc, którym się otulasz, kiedy Ci zimno. A wtedy, w innym stanie umysłu, wkraczasz na swoją ścieżkę i zaczyna dziać się sporo ważnych i ciekawych rzeczy:

  • Siła

    Powoli, stopniowo, pojawia się stan umysłu, który pomaga samemu sobie. Wspiera i zachęca. Ciągle wzmacnia, a nie osłabia samego siebie.

  • Podróż

    Znika ten jeden magiczny święty Graal, gdzieś na mecie, który pokaże Ci, co to prawdziwe szczęście. I bardzo dobrze! Bo dzięki temu skupisz się na podróży, a nie celu. Czyli robisz to, co robią najlepsi scenarzyści i najbardziej poczytni pisarze, oraz Ty sam, kiedy idziesz do kina.

  • Spokój

    Dostajesz zastrzyk cierpliwości, bo skoro odczuwasz do siebie współczucie, to mówisz do siebie bez żadnych dodatkowych warunków: „Spokojnie, wiem, że cierpisz. Wypłacz się. Mamy czas.”

  • Szarości

    Wszystko przestaje mieć czarno-białe barwy. Już nie jesteś po prostu przegrany, albo wygrany.

  • Zejście na ziemię

    Znika też ten jeden, jedyny „lek na całe zło”. I świetnie! Bo taki lek nie istnieje. A łudzenie się, że jest inaczej, doprowadza do życia w chmurach i wielu nieszczęśliwych lat spędzonych na poszukiwaniach i zastanawianiu się „jak go zdobyć?” Mylimy się myśląc, że szczęście to punkt docelowy, a nie środek transportu. To działa całkiem odwrotnie – nie ma sposobu na szczęście, bo to szczęście jest sposobem.

  • Piękno

    Zobaczysz, że osoba poszukująca siebie, to najpiękniejsza wersja człowieka, jaka istnieje.

  • Zaufanie

    A jeśli tak bardzo potrzebujesz jakiegoś apogeum, to te wszystkie zabiegi prowadzą do czegoś faktycznie magicznego. Powoli (podkreślam: po-wo-li) pojawia się zaufanie do siebie samego. 

Wiem, że to, co napisałam, może nie brzmieć dla Ciebie jak widowiskowy wyczyn kaskaderski, ani jak wielkie sukcesy w świetle reflektorów, czy triumfalne zdobycze. 

Ale ja tak właśnie widzę rozwój – spokojne, powolne zbieranie ziarenek piasku. Czasem z uśmiechem na ustach, a czasem ze łzami w oczach. Nie siedząc jak na szpilkach: „kiedy już uzbiera się ta miarka??”. Ale uważnie przyglądając się każdemu ziarenku, ciesząc się nim i sobą – jako zbieraczem, a nie miarką.

Oczywiście triumfy i złote medale są po to, by się nimi cieszyć. Ale największe bohaterstwo rozgrywa się, kiedy wstajesz o 5 z rana, żeby poskakać na skakance. Kiedy sięgasz po kolejną książkę, która rozkłada Cię na łopatki, ale Ty czytasz dalej, otwierając coraz szerzej swój umysł. Lub kiedy stawiasz najmniejszy krok w nieznane terytorium. Bo takich poranków, książek czy kroków może być nawet 300 w roku, a medalowych momentów, o ile szczęście Ci dopisze, kilka w życiu.

Bohaterzy, dla których kupujesz bilet, płaczą i cieszą się, wpadają na najlepsze pomysły, ratują świat, inspirują, zadziwiają, uczą nas akceptacji, autoempatii, rozwijają się i wzruszają do łez właśnie wtedy, kiedy zmagają się z trudnościami i zbierają te pojedyncze malutkie ziarenka piasku. Bo rozwój to cała podróż, a nie tylko punkt docelowy.

7 komentarzy:
  1. MonotematycznaOna.pl
    MonotematycznaOna.pl says:

    Trafił do mnie ten tekst jak jeszcze żaden nie trafił wcześniej. Niby człowiek ma świadomość tego wszystkiego, ale jak przeczyta to wszystko w jednym miejscu, pięknie ubrane w słowa to daje siłę. Wiem już co muszę zmienić w swoim podejściu. I niby taka banalna rzecz. Taka głupota a nigdy się nad tym nie zagłębiłam i brnęłam jak ślepa do mety. A wystarczyło tylko powiedzieć sobie, że ta wędrówka nie ma bliższego końca. Że ta podróż musi trwać i trwać, żeby można było do czegoś dojść. I więcej spokoju, bo bycie narwanym nie pomaga.Jedyne co daje to zniechęca. Za każdym razem jak nie będzie mi się chciało chcieć to będę wracać do tego tekstu! :)

    Odpowiedz
    • Emilia Mielko
      Emilia Mielko says:

      Bardzo się cieszę, że tak odczytałaś ten tekst i że odnalazłaś w nim motywację dla siebie. Mam tylko jedno „ale” :-) Napisałaś, że to banał, albo głupota i ja bym się tu nie zgodziła. Bo to wcale nie głupie, ani nie banalne. Często mamy taki odruch: „No przecież! To banalnie proste!”, kiedy słyszymy coś, co brzmi prosto. Można wtedy pomyśleć: „No tak, to przecież oczywiste, żadna to fizyka kwantowa”. Ale coś oczywistego jest najczęściej proste w teorii, w słowach. Natomiast jeśli próbujemy to zamienić w czyny, to nagle okazuje się, że nic w tym oczywistego nie ma :-) Dzięki wielkie za komentarz i powodzenia życzę w Twojej podróży :-)

      Odpowiedz
  2. mjkl
    mjkl says:

    No jest siła w tym co napisałaś! Co prawda, jak pokazuje moja ulubiona seria telewizyjna „Katastrofa w przestworzach”, w umyśle pilota czasami zachodzą najdziwniejsze procesy myślowe które mają niewiele wspólnego z logiką, czy też treningiem w sytuacjach kryzysowych, to jednak trudno się nie zgodzić, że w życiu szukamy jakiegoś magicznego wzoru matematycznego, dzięki któremu po podstawieniu wymaganych danych otrzymamy oczekiwany wynik. Uffff, ale długie zdanie. :) Właśnie zastanawiam się ile to razy koncentrowałem się na celu, a nie na drodze którą przebywam by gdzieś trafić. Zawsze na pierwszym miejscu jest oczekiwany wynik, puchar i kolejny wynik. A to właśnie nie o to chodzi. Tak naprawdę to wszystko są tylko checkpointy do zaliczenia. „Rozwój to podróż a nie punkt docelowy” – bardzo ładne.

    Odpowiedz

Trackbacks & Pingbacks

  1. […] Krok w dobrym kierunku nie musi być ogromny. (więcej o tym w ostatnim tekście: „Rozwój to podróż a nie punkt docelowy“) […]

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.