Sam sobie podcinam skrzydła, co robić? – na początek weź pod uwagę dysonans poznawczy

Kiedy pojawiają się w Tobie dwa przekonania, dwie opinie, albo dwie informacje, które kłócą się same ze sobą – napięcie narasta niczym w dobrym horrorze.

To nieprzyjemne uczucie (zwany przez psychologów dysonansem poznawczym), które na tyle nam przeszkadza, że staniemy na rzęsach, żeby je szybko zredukować. (Bez względu na to, czy jesteśmy całego procesu świadomi, czy nie.)

Jak wcale nie trzymamy się prawdy, a już zwłaszcza tej, która boli

Na przykład, jeżeli zainwestowałam 10 lat życia i kupę forsy na naukę języka angielskiego u lektora Johna Smitha, to, paradoksalnie, lepiej nie pytaj mnie o opinię na jego temat. Bo jakikolwiek by ten Smith nie był, powiem Ci, że warto i że było cudnie. Dlaczego?

Otóż dlatego, że jeśli poczciwy John wcale nie był najlepszym belfrem, to w mojej głowie toczy się wojna.

  • Po jednej stronie stoi przekonanie: „jestem rozsądną osobą, dbam o siebie i swoją przyszłość, ciągle się dokształcam”,

  • a po drugiej: „przez 10 lat wyrzucałam swój czas, wysiłek i pieniądze w błoto, i nie mam z tego nic”.

Te dwie informacje kłócą się ze sobą i przyprawiają o ból głowy. A żeby zredukować tą udrękę, mam do wyboru dwie opcje:

  • Albo obnażę się przed Tobą (oraz sobą), przyznam otwarcie, że popełniłam olbrzymi błąd i tkwiłam w nim 10 lat, zaakceptuję go oraz omylną część mnie, którą do tej pory wypierałam ze swojej świadomości i poradzę Ci, żebyś poszukał sobie innego lektora.

  • Albo powiem Ci, że wszystko było ok.

Jak myślisz, co jest trudniejsze? Co wymaga świadomości, pracy nad sobą i olbrzymiego wysiłku emocjonalnego? A w związku z tym: która opcja będzie mnie odpychać, a która przyciągać? To chyba jasne.

Oczywiście, ludzie potrafią przyznawać się do błędów, reflektować i poprawiać swoje pomyłki. Jednak sprzeczności pojawiają się w naszych głowach nagminnie, i nie zawsze dysponujemy przytomnością umysłu, samoświadomością i autorefleksją, żeby stale trzymać się – nazwijmy to sobie – obiektywnej prawdy, zwłaszcza tej, która boli.

Jak pozytywne wydarzenie staje się dowodem na to, że jest źle

Taki wewnętrzny konflikt pojawi się we mnie wtedy, kiedy mam o sobie generalnie pozytywne przekonania i wierzę w to, że jestem człowiekiem uczciwym. Że chcę czynić dobro, a nie zło. Że posiadam cenne umiejętności, pożądane cechy i całkiem ciekawe perspektywy na przyszłość. Jednym słowem – wtedy, kiedy jest dobrze. W związku z czym chcę bronić tego „dobrze” (stąd: „tak, tak, lekcje angielskiego były w porządku”).

A z drugiej strony, co ciekawe, kiedy jest źle, robimy dokładnie to samo, też zażarcie bronimy własnych przekonań (jakby były dobrem). Czy masz dobre mniemanie o siebie i wysokie poczucie własnej wartości, czy kiepskie i niskie – tego właśnie będzie bronił Twój umysł i na to szukał potwierdzeń. Nawet tam gdzie ich nie ma.

Drugi przykład: popatrzmy na Alę. Ala ma kota, podwójnego magistra, dobrze poukładane w głowie, zgrabną sylwetkę, ciekawą osobowość i niskie poczucie własnej wartości. Nie wierzy, że mogłaby się komukolwiek spodobać.

W związku z czym, fakt, że coraz częściej kręci się wokół niej bardzo mądry i ciekawy chłopak, wywołuje w niej to nieprzyjemne napięcie, konflikt wewnętrzny i ból głowy. To przecież niemożliwe (w jej przekonaniu), żeby ktoś taki zainteresował się akurat nią.

Ona w to nie wierzy. Mało tego! Jej umysł, który przywykł uważać Alę za mało atrakcyjną osobę, przechodzi do działania, cel: redukcja tego nieprzyjemnego napięcia.

W tym przypadku na szali ważą się:

  • Z jednej strony przekonanie: „nie jestem atrakcyjną osobą, nie mam nic ciekawego do zaoferowania, nikt na mnie nie zwraca uwagi”.

  • Oraz z drugiej, dowód rzeczowy na to, że jednak jest atrakcyjną osobą, czyli zaproszenie na randkę na piątkowy wieczór.

I teraz dzieje się coś ciekawego. W głowie Ali trwa wojna, i jak myślisz, co ją wygra:

  • Czy przekonanie, które nosi w sobie od czasów dzieciństwa, którym przesiąknęła jej każda komórka, które po prostu bierze za niepodważalną prawdę, że jest nieatrakcyjną osobą i nie może się nikomu spodobać

  • Czy może dowód rzeczowy w postaci zaproszenia na randkę?

Powiem Ci, że biedny adorator ma kiepskie szanse w tym starciu. Najprawdopodobniej stare przekonania wygrają. Dlatego do głowy Ali zaczną przychodzić takie myśli:

  • „on mnie pomylił z kimś innym, to jakaś pomyłka”,

  • „to podpucha, żarty sobie stroi, gdzie ja? z kimś takim?”,

  • „chce się dostać do mojego domu, żeby ukraść mi magnetowid”,

  • „on jest uprzejmy i kulturalny, chce mi zrobić przyjemność i zaprosić gdzieś, bo wie, jakim nieudacznikiem jestem”,

  • „niech tylko pozna mnie lepiej, to przekona się, że nie mam w sobie nic ciekawego i ucieknie przy pierwszej okazji”.

I nagle pozytywne wydarzenie staje się dowodem na to, że jest źle! Szaleństwo co? I to w dodatku takie, które większość z nas dobrze zna.

Tak jak w pierwszym przypadku (tym z angielskim), tak samo i tu w drugim – dzieje się to samo. Bronimy naszych przekonań. Bez względu na to, czy te przekonania nam pomagają, czy szkodzą.

Czego tak uparcie bronisz – siebie czy swoich ograniczeń?

Natomiast to, co byłoby bardzo (bardzo!!!) pomocne, to:

  • W pierwszym przypadku, przyznaję się do błędu, otwieram oczy, natychmiast dziękuję Johnowi za współpracę, zmieniam lektora i po roku nauki czynię największy postęp w nauce języka angielskiego. Dodatkowo uczę się akceptować własną omylność, oraz nie dopuszczam, żebyś Ty popełnił ten sam błąd co ja: wszyscy wygrywają!

  • W drugim przypadku, Ala bierze pod uwagę, że: „hmm… skoro zainteresował się mną taki fajowy chłopak jak on, to chyba jest ze mną o wiele lepiej niż wcześniej o sobie myślałam, a zresztą!, niech sobie bierze ten magnetowid, i tak już nie mam żadnych kaset” – idzie na spotkanie, cieszy się że poznała kogoś wartościowego, rodzi się całkiem ciekawa relacja: wszyscy wygrywają!

Fajnie to brzmi, tylko jak do tego punktu dojść?

Po pierwsze – na pewno przyda się sama świadomość istnienia takiego zjawiska. Że dochodzi w naszej głowie do konfliktów i wojen. I że najczęściej wygra ta strona, która wygrywała wcześniej. Co NIE oznacza, że wygrała dlatego, że ma rację, albo że jest pomocna i że poprawia jakość Twojego życia. Oj niekoniecznie!

Po drugie – zwłaszcza wtedy, kiedy Twoje poglądy usztywniły się jak obrusy u Twojej babci, zwróć na to uwagę, postaw przed sobą pytanie: „czy jest to możliwe, żebym się mylił?” i spróbuj sobie na nie odpowiedzieć. Tylko tyle, czy jest to możliwe?

Po trzecie – Znajdź sobie wygodne miejsce, bo i tak wystarczająco dyskomfortu płynie z wewnątrz. Usiądź gdzieś, gdzie czujesz się bezpiecznie, bo dyskomfort wprowadza atmosferę niepokoju i napięcia. I dopiero wtedy zastanów się, czego właściwie bronisz: swojego rozwoju, czy swoich ograniczeń? Czy to, czego bronisz przyniesie Ci (i innym) korzyści? Czy dzięki Twoim przekonaniom stawiasz krok do przodu, czy do tyłu? Czy dzięki Twoim przekonaniom poprawiasz swoje poczucie własnej wartości, czy je sobie odbierasz?

Ok, to nie jest łatwa praca domowa, dobrze zdaję sobie z tego sprawę. Ale, jeżeli przykład z angielskim albo z koleżanką Alą zabrzmiał niewygodnie znajomo – to znaczy, że warto by się swoim przekonaniom przyjrzeć i zastanowić „czego w gruncie rzeczy ja bronię? – siebie czy swoich ograniczeń?”

To całkiem przyzwoity początek.

Jeżeli czujesz nieopisaną wręcz chęć zgłębienia tematu swoich przekonań, z radością przekierowuję Cię do innych tekstów:

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.