Samokrytyka nie działa – oto 4 powody, dlaczego lepiej jej unikać

Pamiętasz ten przykry moment, kiedy nauczyciel oddał Ci dyktando, a tam cała masa błędów zaznaczonych na czerwono? No nie zostawiaj mnie z tym samej i przyznaj, że choć raz też przez to przeszłaś.

Z drugiej strony, jeśli wymazałaś taki moment z pamięci, to wcale Ci się nie dziwię – bo z pewnością do przyjemnych nie należał.

Ale to już przeszłość! I jeśli dobrze pójdzie, to najmłodsze pokolenia już nie będą miały takich wspomnień. A to za sprawą rewolucyjnej metody zielonego ołówka – zamiast podkreślać na czerwono pomyłki i błędy, nauczyciel będzie zaznaczał na zielono poprawne odpowiedzi. A wszystko po to, by:

  • nagradzać, a nie karać;

  • pomóc zapamiętać poprawne odpowiedzi, a nie błędne;

  • nie piętnować popełniania błędów, skoro to podstawa kreatywności;

  • pobudzić motywację dążącą do sukcesu, a nie uciekającą przed porażką.

Argumentów za metodą zielonego ołówka jest wiele i jak widzisz – są rozsądne i ważne. Co więcej, metoda zielonego ołówka to na tyle fajna sprawa, że warto ją wynieść poza mury szkoły oraz ograniczenie wiekowe.

Kiedy myślisz o sobie, analizujesz swoje zachowanie, albo kiedy po prostu patrzysz w lustro tuż po przebudzeniu – który kolor ołówka dominuje? Czerwony czy zielony? Czy skupiasz się wtedy na własnych błędach, czy na sukcesach? Karzesz siebie, czy nagradzasz? Zachęcasz do próbowania, czy do zrezygnowania?

Dlatego mam propozycję – by rewolucją zielonego ołówka objąć nie tylko szkoły, ale własne, prywatne życie, a zwłaszcza te wewnętrzne.

Argumentów „za”, nie brakuje, ponieważ samokrytyka po prostu nie działa. Oto dlaczego:

  1. Uwielbiam to powiedzenie, że najlepszy nauczyciel to taki, który z biegiem czasu staje się zbędny. Zjawi się, spełni swoje zadanie, i odchodzi, kiedy uczeń zacznie go przerastać. Wydaje mi się, że nie istnieje lepszy model nauczania czegokolwiek i kogokolwiek.

    Jeśli samokrytykę postrzegasz jako osobistego korepetytora, który nakłania, motywuje i koryguje Twoje zachowanie, to powiedz mi: czy z czasem faktycznie stawał się coraz bardziej zbędny? No bo jeśli w Twojej autobiografii na początku roi się od czerwonego koloru, to wertując kartki do przodu, powinno być go sukcesywnie coraz mniej. Czy tak właśnie jest?

    Śmiem wątpić – co opieram zarówno na obserwacji, jak i własnym doświadczeniu. Niestety samokrytyka nie działa na tak logicznych i rozsądnych zasadach. Jeżeli cokolwiek się zmienia, to z biegiem czasu raczej jej przybywa, a nie ubywa. Stawia coraz bardziej wygórowane, nierealne wymagania i czepia się każdego najmniejszego detalu.

  2. Kiedy sobie pomyślę o moich czerwonych dyktandach, to nie jestem pewna, czy dały mi one cokolwiek więcej, oprócz przykrości i przekonania, że chyba się tego nigdy nie nauczę. Nie miało to nic wspólnego z nauką ortografii – którą i tak opanowałam za sprawą czytania książek, a nie pisania dyktand.

    Podobnie rzecz się ma z samokrytyką. Pozornie to założenie jest słuszne – jeśli skupiam się na swoich wadach, podkreślam ich obecność i karcę siebie za błędy, to takie postępowanie powinno mnie nauczyć bezbłędności i tego jak rozwijać moje zalety.

    Możliwe, że takie rozumowanie trzymałoby się jakoś kupy, gdyby nie istotny fakt: nie da się wytykać sobie wad na tyle długo, aż zamienią się w zalety. Bo nie jesteś w stanie nie lubić siebie tak mocno, aż osiągniesz stanu samoakceptacji Tą drogą akceptacja po prostu nie może nadejść.

    Te wszystkie pozytywy, które rzekomo mają magicznie pojawić się za sprawą samokrytyki, rodzą się gdzie indziej. Samoakceptacja, czyli mówiąc najprościej: lubienie siebie taką, jaką jesteś, to część Twojego życiorysu zapisana na zielono. Pojawia się za sprawą dostrzeżenia własnych zalet, pozytywów, sukcesów i mocnych stron.

    Jeśli jednak będziesz cały czas trzymać w ręku czerwony ołówek, to po prostu ich nie doceniasz i nie podkreślisz. Zamiast tego polecisz dalej w poszukiwaniu okazji do wyróżniania błędów.

  3. Jak stwierdził ojciec chrzestny psychologii pozytywnej, Martin Seligman – brak negatywów to jeszcze nie pozytyw. A przenosząc tę myśl na samokrytykę – karcenie się i ucieczka przed porażką, to jeszcze nie to samo co sukces.

    Wytykając sobie na czerwono błędy, wady, albo zachowanie, które odbiega od Twoich wyobrażeń – zaganiasz się w kozi róg, z którego trudno się wycofać. Mało tego, będąc tam nie masz już sił ani ochoty, żeby zrobić krok na przód. Boisz się popełnić kolejny błąd, a co za tym idzie ponieść kolejną karę.

    Taką logiką kierowałam się przy podchodzeniu do każdego, kolejnego dyktanda. Nauczyć się ortografii? – Nieee, gdzie tam! Nie to miałam na celu. A to, na czym tak naprawdę się skupiałam, to pozytywna ocena i jak najmniej czerwonych podkreśleń.

    Nawet jeśli mało czerwone dyktando trafiało do moich rąk, to nadal wcale nie oznaczało, że czułam się lepiej, silniej, pewniej. „Tym razem udało się dostać dobrą ocenę i uciec od podkreśleń. Uff…”

    Sukces jednak nie na tym polega…

  4. Jak strach na wróble ma odstraszać ptactwo, tak samokrytyka ma odstraszać błędy.

    Kiedy krytykę kierujesz przeciw samemu sobie, zaczynasz bać się własnych błędów. Co zatem robisz, żeby tego uniknąć? – Nic. Nie wychylasz się, nie wyrażasz swoich opinii, nie sięgasz po to, czego potrzebujesz, bo być może po drodze popełnisz błąd.

    A szkoda, bo błąd to bardzo pożyteczna i wartościowa rzecz.

    Błąd może posłużyć Ci jako:

    • pobudka – „Oho! Trzeba ruszyć głową”, bo nie poszło tak, jak chciałaś;

    • nauka – bo skoro coś nie wyszło, to trzeba się zastanowić dlaczego i jakie może być wyjście z tej sytuacji;

    • kreatywność – robiąc coś unikatowo i wyjątkowo po prostu prosisz się o błędy potknięcia. Nie ma innej drogi. I o ile nie zniechęcisz się, to doprowadzi Cię ona do oryginalnych i niespotykanych dotąd rozwiązań.

Powodów, dla których warto pożegnać się z czerwonym ołówkiem i wiecznym wyróżnianiem i podkreślaniem własnych błędów, nie brakuje. Samobiczowanie motywuje i dodaje entuzjazmu do działania podobnie, jak na czerwono wypisana dwója z dyktanda, motywuje do nauki ortografii, albo czytania książek.

Dlatego proponuję Ci, byś wyrzuciła czerwony kolor (albo przynajmniej schowała) i zamieniła go na zielony. Zauważaj i podkreślaj to, co Ci się udało i wywołuje Twój uśmiech i dumę.

I pamiętaj: to, na czym skupiasz uwagę – kwitnie.

– No to czas na małą wprawkę – co z dzisiejszego dnia mogłabyś/mógłbyś zakreślić na zielono? Pochwal się w komentarzach :-)

4 komentarzy:
  1. mjkl
    mjkl says:

    W mojej ocenie popełniać w życiu błędy i uczyć się na nich to jedno, a robienie wielbłądów ortograficznych z lenistwa to zupełnie inna sprawa i powinno być piętnowane. Młodzież dzisiaj ma ogromne problemy z ortografią i gramatyką. I jeśli nie będzie położony większy nacisk na edukację w tym zakresie to niedługo wychowany społeczeństwo analfabetów korygowanych na bieżąco przez edytory tekstu. Szkoły dziś są zbyt liberalne i delikatne.
    Ja kilka razy doświadczyłem czerwonego dyktanda i dzięki temu szybko nauczyłem się zasad ortografii. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W ciągu jednego semestru poprawiłem swoją ortografię do poziomu dzięki któremu dostawałem czyste, piątkowe prace.
    Praca nad sobą to podstawa. I nic jej nie jest w stanie zastąpić. Ani kursy, ani wyrozumiałość, ani pobłażliwość. Tak myślę.

    Odpowiedz
    • Emilia Mielko
      Emilia Mielko says:

      Hej Mjkl :-) Dzięki za komentarz :-)

      Jeśli chcemy coś dobrze zrobić, to można to rozpisać na dwa czynniki:

      – wysokość poprzeczki, czyli ambicje, inaczej mówiąc: jak wysoko ją sobie ustawimy;

      – oraz reakcja na wypadek, gdybyśmy nie dosięgnęli tej poprzeczki, a więc: co robisz, kiedy popełniasz błąd, nie wyrabiasz się w czasie, brakuje Ci wiedzy, żeby osiągnąć wcześniej wyznaczone cele, ambicje.

      Zakładamy jakiś cel i bardzo często korygujemy drogę do tego celu w czasie lotu, która przeważnie nie przebiega gładko, idealnie i prosto jak w mordę strzelił ;-)

      To, co zrobisz, kiedy napotkasz na (obowiązkowe) korekty własnego lotu, ma ogromne znaczenie. Można oczywiście używać kar, krytyki i surowego podejścia – i to będzie czerwony ołówek. Można też sięgnąć po autoempatię, czyli zielony ołówek. Chociaż używamy codziennie jednego i drugiego, to myślę, że niestety o wiele częściej tego pierwszego.

      Pytanie, które zawsze służy mi za kompas, między innymi podczas korekty lotu, to: „czy to jest pomocne? Czy to, co robię, przyczynia się w dobry sposób?” Jeśli opierać się o badania, to zielony ołówek ma o wiele więcej pozytywnych odpowiedzi na takie pytanie. Autoempatia przynosi poczucie własnej wartości, entuzjazm, dodaje sił i energii, oraz chęci do tego, żeby swój błąd zbadać, wyciągnąć wnioski i spróbować jeszcze raz. Właściwie to sama się dziwię, jak czytam literaturę naukową na ten temat, ale wydaje się, że nie ma takiej rzeczy, na którą autoempatia by nie zadziałała pozytywnie.

      Dlatego ja jestem jej adwokatem, i zwolennikiem. Teoretycznym i praktycznym. Stąd też taki tekst.

      Ale biorę pod uwagę fakt, że są ludzie, których kara motywuje bardziej niż nagroda. Owszem, tak też bywa i rozumiem to. Po prostu nie jest to moja historia.

      A jeśli chodzi o ortografię, (która w tekście była jedynie metaforą), to tak sobie marzę, jakby to było pięknie, gdyby szkoła koncentrowała się tak samo mocno nad wpajaniem poczucia własnej wartości, pozytywnego myślenia, wdzięczności czy autoempatii. Ileż problemów nie pojawiałoby się potem w dorosłym życiu u wiekszości z nas…

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.