Szczęśliwa strefa dyskomfortu

Szczęśliwa strefa dyskomfortu

Ten tekst nie będzie przyjemny. Ani do czytania, ani do późniejszego przemyślenia. Mam zamiar wyjść z nim poza Twoją strefę komfortu i pozostać cały czas. Dlatego, jeśli dziś nie masz na to ochoty, radzę żebyś wziął się za coś innego, bo kompromisów nie przewiduję.

Rozwój dzieje się poza strefą komfortu – to ładnie brzmi, lubimy się dzielić tego typu hasłami, czy obrazkami. Chociaż chwytliwe, to większość z nas przeczyta, popatrzy… i wróci do swojej strefy komfortu. Lubimy sobie ułatwiać życie, nieprawdaż?

Bo żeby osiągnąć inny cel niż zawsze, trzeba zrobić coś innego niż zawsze. Przekroczyć swoje dotychczasowe granice. Granice wytrzymałości, cierpliwości, świadomości, empatii, wiedzy, siły fizycznej.

Maya Angelou powtarzała, że odwaga jest królową cnót. Nie mam problemu z przyznaniem jej racji, bo przekraczanie granic wymaga ogromnej odwagi. Nieważne, czy to lot w kosmos, czy Twój osobisty cel budowania pewności siebie. Do jednego i drugiego niezbędna jest odwaga, bo nie wiadomo jak długo to zajmie, ile wysiłku będzie kosztowało i jaki osiągniesz efekt końcowy. Ale jedno wiadomo na pewno – będzie niekomfortowo. I to mocno niekomfortowo.

Czym jest dyskomfort?

Znaczące sprawy nigdy nie są komfortowe, a jeśli oczekujesz czegoś odwrotnego, to czeka Cię spore rozczarowanie i żal.

  • Utrzymywanie ciała w dobrej kondycji, poprzez regularne ćwiczenia fizyczne, bez względu na dzień, pracę, pogodę i inne wymówki – nie jest komfortowe.

  • Czytanie etykiet na opakowaniach, przygotowywanie zdrowych i zbilansowanych posiłków – nie jest komfortowe.

  • Ciągłe uczenie się, a jednocześnie nieustające wrażenie „jeszcze długa droga przede mną” – nie jest komfortowe.

  • Uświadomienie sobie, że jest wiele osób żyjących w tych samych warunkach co ja, którzy zdołali zbudować swoje szczęście od podstaw, biorąc pełną odpowiedzialność za siebie – nie jest ani trochę komfortowe.

  • Wytrącanie sobie wymówek z ręki – nie jest komfortowe.

  • Dojście od punktu: „źle się dzieje w moim życiu” do: „to ode mnie zależy, jak będzie dalej” – nie jest komfortowe.

  • Nowa ścieżka edukacyjna, czy zawodowa, lub inne przedsięwzięcie, w którym zaczynasz od nowa, a stare doświadczenia nie zdają się na nic – nie jest komfortowe.

  • Słuchanie słów krytyki, dezaprobaty i opinii kwitujących Cię stwierdzeniami, że wybierasz się z motyką na księżyc, że żyjesz w utopii i z tego nic nie będzie – nie jest komfortowe.

Te i inne przykłady momentów kluczowych dla rozwoju osobistego – nie są komfortowe, nie sprawiają czystej przyjemności, nie powodują, że uśmiechasz się i skaczesz do góry z radości. Wprost przeciwnie, nierzadko doprowadzają do łez, bólu, głębokiego zwątpienia w siebie, w swoje decyzje i możliwości. Niekiedy rzucają człowieka na kolana, a wtedy może jedynie zapytać: „I po co mi to było?”

No właśnie – po co to wszystko? Dlaczego ktoś przy zdrowych zmysłach i z głową na karku celowo pakuje się w ostry dyskomfort, ryzykuje i rzuca się na głęboką wodę??

  • Po pierwsze – dlatego, że ten dyskomfort traktuje jako inwestycję, a nie nowy styl życia.

  • Po drugie – liczy na zwrot z tej inwestycji w postaci zdrowia, wiedzy, satysfakcji, spełnienia, samoaktualizacji, rozwoju, poczucia pewności, szacunku do samego siebie i bezpieczeństwa. Dojdzie do tego własnymi siłami i na pewno się nie przeliczy.

  • Po trzecie – zdaje sobie sprawę z alternatywy, jaka go czeka, jeśli nie podejmie ryzyka i nie przekroczy swojej strefy komfortu. Owszem, obecny moment będzie miły, słodki jak cukierek, niewymagający jak reality show w telewizji, wygodny jak fotel i stare dobre kapcie. Jednak na dłuższą metę to za ów „komfort” płacimy wyższą cenę niż za dyskomfort wysiłku, a walutą jest większa świadomość, poczucie zadowolenia z własnego życia, zdrowie umysłowe i fizyczne, optymizm, nadzieja, wiara w siebie i w świat.

  • Po czwarte – ćwiczy w sobie niesłychanie ważną cechę – tolerancję dyskomfortu. Bo jeśli to potrafisz to:

    • pomimo że bolą Cię już mięśnie, Ty biegniesz dalej i nie zatrzymujesz się;

    • pomimo że nie przepadasz za brokułami, ale wiesz że należą do jednych z najzdrowszych warzyw, sięgasz po nie raz na tydzień;

    • pomimo że nowa książka uświadamia Ci kilka przykrych prawd o Tobie, nie odkładasz jej, ale czytasz dalej i robisz notatki;

    • a przede wszystkim osiągasz swoje cele, a porażki przekuwasz w lekcje, żyjesz zdrowiej, uczysz się, rozwijasz i stajesz lepszą wersją samego siebie.

Oczywiście, w każdym momencie dyskomfortu warto, a nawet trzeba wesprzeć siebie i dodać sobie sił uważnością, medytacją, autoempatią. A kiedy przyjmiesz postawę swojego najlepszego przyjaciela, to zrozumiesz, że dyskomfort ma głębszy sens i skrywaną w sobie lekcję. To nie oznacza, że stanie się on dla Ciebie przyjemnością, bo zapewne nie. Ale bardzo możliwe, że będzie szansą na rozwój, w przeciwieństwie do trzymania siebie samego pod kloszem.

5 komentarzy:
  1. mjkl
    mjkl says:

    Świetny tekst. :) Jedna uwaga tylko ode mnie. Wychodząc poza swoją strefę komfortu trzeba być gotowym na porażkę. Przekraczanie granic bez świadomości, że można upaść i się poobijać może być jeszcze bardziej bolesne, deprymujące i prowadzące do wycofania. Każdy jest inny i każdy inaczej reaguje na trudności. Wszystko fajnie, jeśli przekraczając granice okazuje się, że wszystko idzie dobrze i nie jest tak strasznie jak wydawało się, że będzie (OK, generalizuję – nigdy wszystko nie idzie dobrze, ale można zorientować się kiedy jest przewaga plusów lub minusów). Gdy pojawią się jednak trudności to warto być świadomym, że jest to tylko kolejny etap na drodze do celu i próbować dalej. Gdzieś kiedyś słyszałem, że opuszczając swoją strefę komfortu narażamy się na ryzyko, ale każde takie doświadczenie można traktować jako inwestycję w przyszłość (jest o tym mowa też w tekście) i zawsze niesie za sobą jakieś pozytywne treści a konsekwentne dążenie do celu spowoduje, że kolejne próby będą łatwiejsze a może nawet staną się zupełnie naturalną częścią naszego “ja”. Osobiście nie jestem do końca przekonany co do słuszności tej tezy. Uważam, że wszystko jest uwarunkowane indywidualnie i zależy od konkretnej osobowości i tego, czy potrafimy sami właściwie poprowadzić swoje “ja” przez trudną ścieżkę przekraczania kolejnych granic. Nie każdy to potrafi, nie każdy przyzna się, że nie potrafi, a jeszcze ktoś inny może tkwić w przeświadczeniu, że potrafi, a w rzeczywistości brnąć w ślepy zaułek. I wreszcznie nie każdy poprosi o pomoc specjalistę. Zatem wychodzenie poza strefę komfortu TAK, lecz z pełną świadomością konsekwencji. Sam od pewnego czasu przekraczam swoje bariery, ale dostrzegam też te, które są dla mnie nieosiągalne właśnie ze względu na doświadcznia, które nabyłem przekraczając inne bariery. Są absolutnym szczytem szczytów i choć fantastycznie byłoby tam wejść, to widzę, że zasoby którymi dysponuję są zbyt ograniczone by tam sięgać. Więc sięgam niżej. :) Dysponuję pewnymi zasobami, ale dysponuję też pewnymi ograniczeniami. I choć osobowość można zmienić pracując nad nią, to są jednak cechy którymi jesteśmy uwarunkowani od urodzenia i w mojej ocenie są one zupełnie nietykalne – czasem to właśnie one stają na drodze do osigąnięcia szczęścia, lub rzeczy, których po prostu potrzebujemy by normalnie żyć w zgodzie z samym sobą. Nieznajomość tych cech może właśnie prowadzić w ślepą uliczkę, którą jest próbowanie przebicia muru głową na siłę.

    Odpowiedz
    • Emilia Mielko
      Emilia Mielko says:

      Dziękuję bardzo :-)

      W moich tekstach bardzo często poruszam wątek porażek, trudu, wysiłku rozwoju osobistego. Choćby jak to napisałam w sobotę – magia rozwoju osobistego nie jest łatwa (na Facebooku o tutaj: http://facebook.com/wonderandponderpl/photos/a.886181188107708.1073741828.845971598795334/952427818149711 ). To magia, ale bez trików, zaklęć i innych hokus-pokus. Dlatego dziękuję Ci, że zwróciłeś na to uwagę, bo takich przemyśleń nigdy za wiele :-)

      Podpisując się pod Twoją opinią, dodam, że nigdy nie przepadałam i nie zgadzam się z twardym, a jakże popularnym, powiedzeniem: „co cię nie zabije to cię wzmocni.” Nie lubię tego powiedzenia, ono nie zawsze musi być prawdziwe, bo istnieje jeszcze trzecia opcja: nie zabije mnie, ani nie wzmocni, a jedynie osłabi. Tak też bywa.

      A to, że wszystko jest uwarunkowane indywidualnie, to oczywiste – każdego strefa komfortu i dyskomfortu będzie miała inny rozmiar, inne zabarwienie, niosła inne ryzyko. Dla jednego może to być przeprowadzka do innego kraju i rozpoczęcie życia od zera, a dla kogoś innego uczestnictwo w grupie dyskusyjnej na FB. Ale jakkolwiek byśmy się różnili, każdy z nas potrafi wyczuć, kiedy przekracza granicę komfortu. A co z tym uczuciem zrobi, to bywa różnie.

      Bardzo lubię za to powiedzenie: „wszyscy się uczymy”. I dlatego, że wszyscy się uczymy, to każdy zareaguje inaczej, inaczej poczuje, pomyśli i zrobi co innego w odpowiedzi na dyskomfort. Fakt, robienie czegoś wbrew sobie, lub na siłę, nie da za wiele dobrego. Dlatego tak często krążę wokół tematu autoempatii. Bo to ona może uczynić wielką różnicę w komforcie lub dyskomforcie.

      A jeśli chodzi o podobną tematykę, to polecam inne moje wpisy :-), np te:

      1. http://wonderandponder.pl/popelniaj-bledy-czyli-o-tym-jak-odniesc-sukces/

      2. http://wonderandponder.pl/wytrwalosc-klucz-do-sukcesu-i-szczescia/

      3. http://wonderandponder.pl/kilka-motywujacych-slow-na-stawienie-czola-swoim-problemom/

      Odpowiedz
  2. sieczkarnia
    sieczkarnia says:

    Rzuciłam palenie (8 lat nałogu) i dzisiaj jest 17 dzień bez papierosa. To uświadomiło mi, że tak naprawdę mogę wszystko. Skoro udało mi się olać fajki, które towarzyszyły mi na każdym kroku i były częścią każdej mojej czynności, to mogę wszystko. A co więcej – wcale mnie do nich spowrotem nie ciągnie, a jeśli kiedyś ktoś mnie zapyta jaką metodą rzuciłam to powiem, że parę dni pomagał Desmoxan, ale rzuciłam metodą na odcisk – ktoś mi po prostu na taki jeden odcisk nadepnął. A ja za główną swoją motywację uznałam fakt, że palenie po prostu nie pasuje do życia jakie chce prowadzić. Bo juz afirmuję, już stosuję Prawo Przyciągania, już zaczytuję się Eckhartem Tolle’m , już zaczęłam pracę nad swoim współuzależnieniem i byciem DDA, już przechodzę przebudzenie związane z chorobą psychiczną itp. Ale jeszcze nie zaczęłam biegać tak jak zawsze chciałam, nie medytuję codziennie, nie celebruję posiłków, nie wstaję o świcie. A wszystko to robić właśnie chcę. Tyle, że fajka słabo pasuje do owsianki.

    Odpowiedz
    • Emilia Mielko
      Emilia Mielko says:

      Na samym wstępie – gratki :-) i trzymam kciuki za kolejne dni, miesiące i lata bez palenia. Bardzo mi się podoba Twoje stwierdzenie „palenie po prostu nie pasuje do życia jakie chce prowadzić”. Przypomina mi pewne pytanie, które przeczytałam kiedyś w którejś z książek, a brzmi ono tak: „Co by w tej sytuacji zrobiła osoba, którą chcę się stać?”. Sama sobie też przypominam to pytanie co jakiś czas, ono może pomóc obrać dobry kierunek :-) Widzę, że jesteś bardzo aktywna, rozwijasz się i swoje możliwości, także oby tak dalej i czekam na relację ze świętowania pierwszego pełnego miesiąca bez papierosa :-)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.