Żółty autobus

Walczysz ze strachem? Z lenistwem? Ze stresem? Lepiej złożyć broń

Wyobraź sobie, że jedziesz autobusem. Zapewne dla Twojej wyobraźni nie będzie to szalenie trudne, ani porywające zadanie. Ale czekaj, czekaj, to jeszcze nie wszystko – bo nie chodzi tu o zwykły miejski autobus.

Ten autobus jest całkiem inny. Po pierwsze, to Ty siedzisz za kierownicą. Po drugie, nie dość, że niektórzy Twoi pasażerowie sami się wprosili, to w dodatku utrudniają Ci jazdę. A po trzecie, za przednią szybą, zamiast nazwy miasta przeznaczenia, widnieje wyraźny, świecący napis „rozwój”.

A więc wyobraź obie, że prowadzisz taki autobus. To Ty dzierżysz w ręku mapę, obierasz cel i decydujesz, w jakim kierunku pojedziesz, i to Ty zatrzymujesz się, żeby wpuścić wszystkich pasażerów – tych bardziej, i tych mniej uprzejmych. Trudne? – no pewnie. Zwłaszcza, że w drodze do celu, niektórzy z nich zrobią wszystko, żeby Ci przeszkodzić. Będą Cię namawiać do zjechania z trasy i pytać: „po co ci to wszystko?”. Będą krytykować Cię, że nie potrafisz dobrze prowadzić i że na pewno spowodujesz kraksę. I że generalnie to droga donikąd. Z takimi pasażerami lekko nie jest – prawda?

Powiedz teraz, co w takiej sytuacji robisz? Przecież bardzo Ci zależy, żeby dotrzeć do swojego celu. Ale niektórym pasażerom tak samo, o ile nie mocniej, zależy na tym, by Ci w tym przeszkodzić. Trzeba coś zrobić, jakoś zareagować, tylko jak?

Zastanów nad tym przez chwilkę. Dla jasności wymienię problematycznych pasażerów z imienia i nazwiska, pewnie zabrzmią nieco znajomo. Ci, którzy zawsze próbują wejść w drogę, przejąć kontrolę i udaremnić Twoje plany, to: strach, pesymizm, brak wiary w swoje umiejętności i brak poczucia własnej wartości. A gdyby przejść się dokładnie po całym autobusie, to pewnie znalazłoby się jeszcze kilku innych podejrzanych typków.

A więc, starasz się jechać spokojnie, pilnując swego nosa, i nawet nie orientujesz się, kiedy na tylnych siedzeniach wybucha awantura. Pytanie, co robić?

Jako świeży kierowca autobusu, nie za bardzo wiesz, jak zareagować – w końcu do Twoich obowiązków nie należy tylko kręcenie kierownicą, ale też opieka nad pasażerami. I w takiej sytuacji rozsądek podpowiada, żeby zasięgnąć porady. Świat jest pełen książek, artykułów, programów o tym, jak radzić sobie z problemami wszelakiej maści. Z pewnością szybko wyłonisz jedną z najpopularniejszych metod, którą jest – walka. Znajdziesz mnóstwo poradników o tym, jak walczyć: z nadwagą, ze stresem, z prokrastynacją, z niskim poczuciem własnej wartości, z depresją, ze strachem, czy choćby z cellulitem.

I jak Ci się podoba taka porada? Czy walczyłaś kiedykolwiek z trudnymi, wręcz niechcianymi pasażerami w swoim autobusie? Jeśli tak, to wiesz, że taka walka wiąże się z pewnymi konsekwencjami. Musisz zatrzymać swój autobus, puścić kierownicę, na jakiś czas zapomnieć o swoim celu podróży, no i… liczyć się z tym, że jak to na wojnie, może się polać trochę krwi. Innymi słowy, wszystko zawieszasz i odsuwasz na dalszy plan, bo właśnie w tej chwili walczysz: z nadwagą, ze stresem, czy ze strachem.

Pozwól, że powiem to bardziej wprost: to, czego nie życzysz sobie we własnym życiu, teraz stawiasz w centrum swojej uwagi. Całą swoją energię skupiasz właśnie na tym czymś i nadajesz temu absolutny priorytet.

Już na tym etapie warto się zastanowić nad zasadnością tej metody, ale dla sprawiedliwości zerknijmy jeszcze na jej efektywność. Zastanów się i szczerze przyznaj – czy dzięki walce Twój strach, stres, czy jakikolwiek inny niechciany pasażer, na pewno już z Tobą nie jedzie? Czy udało Ci się go wyprosić, usunąć i pożegnać na zawsze? Jeśli powiesz, że tak, to nie do końca Ci uwierzę. Jeśli powiesz, że nie, odpowiem Ci: mi też nie. Co więcej – sądzę, że nikt nie potrafi się pozbyć tych niechcianych pasażerów.

Weźmy na przykład taki strach. Najznakomitsi aktorzy mówią o tremie za każdym razem, kiedy kurtyna unosi się do góry. Najwybitniejszych pisarzy oblewa zimny pot w dzień premiery nowej książki. Najbardziej pewna siebie mama będzie się bała w dniu, w którym po raz pierwszy zaprowadzi swoje dziecko do przedszkola.

Dlatego właśnie postanowiłam zawiesić broń i w zasadzie we wszystkich kwestiach nie wypowiadać żadnych wojen. I Tobie też polecam taką samą strategię.

Bo jeżeli już wrzuciłaś bieg i docisnęłaś pedał gazu w swoim autobusie, to znaczy że chcesz, żeby Twoje życie się ruszyło w wybranym przez Ciebie kierunku. Nieważne, czy cel, który obrałaś, jest wielki czy maleńki. Nieważne, czy trzymasz przed sobą mapę z jedną prostą ulicą, czy wieloma serpentynami. Nieważne, czy za kółkiem tak dużego auta czujesz się świetnie, lub mniej pewnie. To wszystko jest teraz nieistotne. Najważniejsze w tej chwili jest to, że postanowiłaś się ruszyć z miejsca i pojechać gdzieś, gdzie jeszcze Ciebie nie było. Zrobić coś, czego nigdy w życiu nie robiłaś. Spróbować swoich sił, których jeszcze nigdy nie wypróbowałaś.

Przy takiej wyprawie niczego nie można być pewnym. Oprócz jednego – zawsze możesz się spodziewać niechcianych pasażerów.

Pierwszy wsiądzie strach. Ale… gdyby tylko siedział cicho, to jeszcze można by znieść tak nieciekawego towarzysza drogi. Ale nie! On musi wykrzykiwać swoje opinie, że źle jedziesz, że on wie lepiej, że chyba postradałaś zmysły wyruszając w tę podróż. Będzie odradzać, krytykować, krępować ruchy i żądać dostępu do kierownicy. Walcząc ze strachem spodziewaj się, że wcześniej, czy później, to on zawsze wygra. A jak tego dokona? Będzie robił wszystko, żebyś na nim skupiała cała swoją uwagę, a nie na kierowaniu autobusem – to jest jego nadrzędny cel.

Dlatego proponuję Ci inną, mniej standardową strategię.

Zrób mu miejsce. Niech się rozgości. Niech rozsiądzie się wygodnie przy oknie. Będzie lepiej dla Ciebie, jeśli zrobisz mu przestrzeń. Przyszykuj też od razu miejsce dla jego kolegów: samokrytyki, wątpliwości, stresu, płaczu, chęci poddania się – oni z pewnością już czekają na kolejnym przystanku. Są niezawodni, zjawią się zawsze, prędzej czy później i czy tego chcesz, czy nie.

Zrób im wszystkim miejsce. Najlepiej na końcu autobusu. Niech sobie usiądą i deliberują. Niech komentują, ile chcą. A kiedy zaakceptujesz fakt, że takich pasażerów nie unikniesz i kiedy zarezerwujesz im specjalną przestrzeń, to wtedy nie ma się o co bić i nie ma potrzeby wszczynania awantur. Wtedy już nie musisz wstrzymywać swojego życia na czas wojny.

Elizabeth Gilbert w swojej najnowszej książce „Big Magic” opisuje, w jaki sposób zawiera kontrakt z własnym strachem za każdym razem, kiedy zasiada do napisania nowej książki. „Proszę cię bardzo, wykonuj swoją pracę jeśli musisz. Ale ja też będę robić to, co do mnie należy, czyli intensywnie pracować w zupełnym skupieniu. Miejsca jest dużo na tej wycieczce, ale zrozum, że to ja podejmuję decyzje i za Twoimi sugestiami nie pójdę.” Tak oto wygląda niewielka część porozumienia pisarki z własnym strachem. Jak widzisz, nie przypomina to deklaracji wojny, a bliżej mu do traktatu pokojowego.

Gdziekolwiek wyruszasz swoim autobusem, trudnych pasażerów możesz się spodziewać jak w banku. Przemyśl, co Ci bardziej służy: ciągła walka, czy może jednak asertywny spokój? Może warto zrobić miejsce i dojść do ugody z niechcianymi myślami i emocjami. One najprawdopodobniej będą Ci towarzyszyły zawsze, ale od Ciebie zależy, w jaki sposób Ty będziesz towarzyszyła im. Nie mówię o zawieraniu przyjaźni, ale o zawieraniu kontraktu. Wątpliwości, strach, stres, samokrytyka robią swoje – i niech im będzie, skoro to ich zadanie życiowe. Ale z drugiej strony, Ty także masz swoje zadania i nie odpuszczaj ich sobie. Tym sposobem Twój autobus będzie jechał do przodu.

Tobie i wszystkim Twoim pasażerom życzę szerokiej drogi :-)

Wsparcie:

  • Steven C. Hayes – Get Out of Your Mind and Into Your Life: The New Acceptance and Commitment Therapy

  • Elizabeth Gilbert – Big Magic: Creative Living Beyond Fear