Polna droga donikąd

Wizualizacja – tani chwyt, czy może jednak coś więcej?

Zanim jeszcze ruszę ręką, wyraźnie widzę trawę, piłkę i to, w jaki sposób w nią uderzam kijem, widzę jej trajektorię lotu, a nawet to, co stanie się po tym, jak już wyląduje na ziemi – twierdził słynny golfista, Jack Nicklaus. Dzięki wizualizacji, którą wyświetlał sobie w głowie przed każdym meczem, był w stanie podejść do turniejów z pozytywnym nastawieniem oraz odpowiednią koncentracją. Choć dziś Nicklaus jest już na emeryturze, to w świecie sportu wizualizacja ma się jeszcze lepiej, niż za czasów jego świetności. Potwierdzeniem moich słów jest fakt, że na ostatnią olimpiadę w Soczi, reprezentacja USA zabrała ze sobą 9 psychologów sportowych, którzy zajmowali się m.in. właśnie sposobami jej wykorzystania.

Wizualizacja, obecna w sporcie od dawna, coraz bardziej rozprzestrzenia się na inne dziedziny życia. Co chwilę pojawiają się na jej temat nowe książki, różne formy couchingu albo ćwiczenia, jak kreatywnie z niej korzystać. Gdybym miała je wszystkie streścić w kilku słowach, powiedziałabym tak: użyj swojej wyobraźni i wizualizuj to, co chcesz osiągnąć w życiu prywatnym i zawodowym. W ten sposób zwiększysz prawdopodobieństwo osiągnięcia swoich marzeń i celów.

Sekret sukcesu

Myślę, że można śmiało powiedzieć, że jednym z największych propagatorów wizualizacji jest słynna książka pt. „Sekret”. Dla tych, którzy jej nie czytali – opisuje ona pewną metodę na realizowanie dowolnych celów. Wg autorki książki, wystarczy regularnie wyobrażać sobie wymarzony samochód, dom, wakacje, pracę, związek, i wczuć się w tą sytuację tak, jakby to marzenie już dziś było prawdą. Czyli np. siedzisz na krześle w kuchni i pilnujesz mleka, by nie wykipiało, ale oczyma wyobraźni zasiadasz za kierownicą najnowszego modelu Ferrari, albo przy dyrektorskim biurku swojej własnej firmy, czy też na płóciennym leżaku na egzotycznej wyspie w cieniu palm. Poczuj – podpowiada „Sekret” – zapach, smak, dotyk tego miejsca; wyobraź sobie wszystkie emocje, które odczuwasz, i to, jak cudownie wygląda Twoje nowe życie. Robiąc to odpowiednio często i intensywnie, zbliżasz się do osiągnięcia swojego celu. Wizualizacja pomoże Ci dostroić się i otworzyć swoją świadomość na nowe możliwości. Oto sekret szczęśliwego życia: rusz głową, a konkretnie wyobraźnią, a jeśli nie będziesz w stanie poczuć się jak prezes, czy obieżyświat, osiągnięcia będą trzymały się od Ciebie z daleka.

Książka okazała się wielkim hitem. A ściśle mówiąc, okazała się wielkim sukcesem – dla autorki. Ponad 21 milionów sprzedanych kopii, przetłumaczonych na 44 różne języki. Według mnie, „Sekret” nie mówi tak wiele o wizualizacji, jak o potrzebie i otwartości ludzi na całym świecie na metodę, dzięki której będą mogli osiągnąć to, za czym tak mocno tęsknią. Ale czy „Sekret” zrewolucjonizował świat? Delikatnie mówiąc: raczej nie, chociaż znacznie przyczynił się do spopularyzowania samego pojęcia wizualizacji – i to jest, moim zdaniem, jego największy sukces.

Sekret przeczytałam dawno temu. Przyznaję, na jakiś tydzień wprawił mnie w dobry nastrój, ale nigdy nie poczułam potrzeby lub powodu, żeby wrócić do tej lektury. Dziś też tego nie czynię, za to zaglądam do bardziej naukowej literatury, przyglądam się bliżej samej wizualizacji i próbuję zrozumieć, czym naprawdę jest i jak działa.

Co to jest wizualizacja

Wizualizacja to trening mentalny, który ma pomóc w osiągnięciu upragnionych celów. Wykorzystuje naturalne połączenie umysłu z ciałem – czyli tego, o czym myślisz, oraz tego, co robisz. Krótko mówiąc, to mentalna symulacja pożądanej przyszłości, np. celnego uderzenia piłeczki golfowej, albo wielkiego bogactwa, w które chciałbyś opływać.

Wizualizacja sprawia, że symulowane wydarzenia i rzeczy wydają się bardziej prawdziwe. Kiedy wyobrażamy sobie utęsknioną rzecz, nie widzimy fantazyjnych cudów i nierealnych wizji, ale całkiem racjonalne fakty. Wtedy bogactwo nie wysypuje się z magicznej tęczy, ale np. zjawia wraz z listonoszem przynoszącym wiadomość o spadku, albo kiedy wygrywasz większą sumę na loterii. Nie twierdzę, że te scenariusze są wysoce prawdopodobne, ale na pewno w jakimś stopniu realne.

Artykuły z różnych ośrodków uniwersyteckich dzielą wizualizację na dwie podstawowe kategorie. Pierwszą z nich jest wizualizacja rezultatu końcowego, a drugą wizualizacja procesu.

Wizualizacja rezultatu końcowego – czuję się dobrze, więc nic nie robię

Pierwszy rodzaj – wizualizacja rezultatu końcowego, to „Sekret” w czystej postaci. Tego typu książek jest znacznie więcej, a każda sprzedaje praktycznie ten sam patent: wyobraź sobie i wczuj się w to, jakby to było, gdybyś… i tu każdy dokańcza to zdanie swoją osobistą wersją sukcesu. W pewnym sensie robisz próbę generalną, zachowujesz się tak, jakby Twój sukces już się ziścił, ćwiczysz dojście do wprawy w życiu z utęsknionego poziomu zwycięzcy. I tu zaczyna się problem. Choć brzmi to całkiem zachęcająco – bo któż nie lubi sobie pomarzyć – ten typ wizualizacji ma więcej wspólnego z pobożnymi życzeniami, niż z jakimkolwiek osiąganiem celów.

Najlepiej, jeśli pokażę to na przykładzie pewnego eksperymentu. Studenci biorący w nim udział, mieli za zadanie ćwiczyć ten rodzaj wizualizacji przed sesją egzaminacyjną. Jednym słowem wyobrażali sobie radość, która ich ogarnia na widok najwyższych możliwych ocen w swoich indeksach. Przez cały tydzień poprzedzający egzaminy, skupiali się na wizji zadowalającego ich rezultatu końcowego. I jaki był wymierny efekt tego zabiegu? Można by przypuszczać, że taka pozytywna wizja zachęci ich do działania, czyli do nauki. Jednak stało się na odwrót. Poświęcili mniej czasu na przygotowanie się do egzaminów i nie zdobyli więcej punktów, niż grupa kontrolna.

Ktoś złośliwy mógłby skwitować, że w ferworze radości na okoliczność wysokich ocen końcowych, nie włożyli nosa do książek, ich aspiracje spadły, a tym samym i osiągi wcale się nie poprawiły.

Wizualizacja procesu – robię wszystko co mogę, więc dobrze się czuję

W badaniu drugiego typu wizualizacji, studenci byli poproszeni o wyobrażanie sobie, nie tyle efektu końcowego, ale samego procesu, który miał ich doprowadzić do celu. A więc w tym przypadku nie koncentrowali się na dobrych ocenach, ale na wysiłku, który włożą w przygotowania do egzaminu. Przez tydzień, oczyma wyobraźni widzieli siebie samych, jak się uczą, robią notatki, czytają lektury przy małej lampce w gmachu czytelni biblioteki uniwersyteckiej do późnych godzin nocnych.

I co się stało w tym przypadku? Otóż wizualizacje procesu nauki przyczyniły się do większej liczby godzin spędzonych na nauce, co przełożyło się na zdobycie średnio o 8 punktów więcej na egzaminach, w stosunku do grupy kontrolnej! Jak wykazała dalsza analiza, wizualizacje procesu regulują emocje związane z dążeniem do celu. Zmniejszył się odczuwany strach, niepewność, czy stres, ponieważ cel wydawał się bardziej realny do osiągnięcia, a aspiracje wzrosły. Wizualizacje procesu były także źródłem lepszego radzenia sobie z wyzwaniem egzaminacyjnym. Studenci dokładnie planowali swoją naukę, oraz opracowali konkretne metody organizacji czasu i radzenia sobie z wyzwaniem. To wszystko przełożyło się na większą wytrwałość i sumienność, a tym samym lepsze efekty.

Lekcja na wynos

Jak widać po wynikach pierwszego eksperymentów, wizualizacja rezultatu końcowego, która działa w myśl zasady: czuję się dobrze, więc nic nie robię, raczej nie napawa optymizmem. To, czego brakuje w tej metodzie, to planowanie i przygotowanie sposobu na osiągnięcie celu. Skupiasz się w niej jedynie na nim, pomijając całą ścieżkę, która do niego prowadzi.

A więc podsumowując, czy wizualizacja faktycznie działa? Na pewno tak, ale pod warunkiem, że zastosujesz się do drugiej metody, czyli wizualizacji samego procesu – robię wszystko co mogę, więc dobrze się czuję.

Skupiaj się na drodze do celu, a nie na nim samym. Wyobrażaj sobie, co i w jaki sposób robisz, żeby osiągnąć utęskniony stan. Czym zajmujesz ręce, czemu poświęcasz cz class=”wnp”as, ile godzin dziennie, o jakich porach, w jakim miejscu, jakich używasz narzędzi. Dokładnie tak, jak Jack Nicklaus wizualizował sobie turniej, w każdym detalu. Nie nagrody, nie medale, nie wygraną na tablicy wyników, ale samą grę i jej przebieg.

Bo chodzi o to, by nie były to czcze marzenia, a konkretne plany i metody na wypracowanie najlepszych rozwiązań.

4 komentarzy:
  1. Aleksandra Janowska
    Aleksandra Janowska says:

    Czyli jednak nie istnieje magiczna matka chrzestna i trzeba się zabrać do pracy ;) Tłumaczę to ciągle moim uczniom ale do niektórych nie dociera. Co ciekawe przede wszystkim mężczyzn.

    Odpowiedz
  2. Katarzyna Komorowska
    Katarzyna Komorowska says:

    Nad wyraz inspisujące i pouczające !!!!!
    Same marzenia nie sprawią, iż efekt końcowy przyjdzie gładko i sam z siebie się wydarzy. Nasza konsekwencja, pokonywanie codziennych wyzwań, budowanie cegła po cegle……daje realne rezultaty oraz wymarzony efekt końcowy

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.