Chabry na łące

3 powody, dla których nie warto medytować

O zbawiennym wpływie medytacji na nasze umysły i ciała możemy dziś przeczytać praktycznie wszędzie. Liczne artykuły, książki czy programy przytaczają szereg argumentów, wedle których medytacja polepsza jakość Twojego życia: więcej pozytywnych emocji, wyczulona empatia, lepsza samokontrola, poprawiona koncentracja i uwaga, zwiększona kreatywność, ale też pobudzenie układu odpornościowego i zmniejszenie stanów zapalnych. A to jedynie kilka z zalet. Celem tych wszystkich przesłań jest pokazanie Ci, jak wiele zyskasz medytując. Sama zresztą też napisałam artykuł na ten temat, o tutaj.

Wszystko to pięknie brzmi, ale tam gdzie są zyski, często ponosi się też jakieś straty. A artykuły na ten temat, jak do tej pory, nie wpadły w moje ręce. Dlatego postanowiłam sama go podjąć i ostrzec wszystkich, którzy jeszcze się wahają, czy zacząć medytować, czy może lepiej sobie to odpuścić.

Przechodząc wprost do sedna: oto trzy powody, dla których nie warto tego robić:

  1. Zmniejszona tolerancja na bezmyślność – czyli im więcej w Twojej głowie mindfulness, tym większe wyczulenie na mindlessness*

    Medytacja uczy zwracania uwagi na szczegóły wokół Ciebie. Zamykasz oczy i wsłuchujesz się w każdy odgłos, jaki dociera do Twoich uszu: krakanie wysoko na niebie, szczekanie psa sąsiada, bzyczenie trzmiela, szum wiatru w gałęziach wysokich drzew, odgłos samochodu przejeżdżającego przez ulicę. Otwierasz oczy i zauważasz wyrazistość kolorów kwiatów w ogrodzie, żywą zieleń trawy, kontury cienia rzucanego przez żywopłot, głęboki błękit nieba. Dzięki medytacji wszystkie zmysły się wyostrzają, a wtedy umyślnie kierujesz całą uwagę na to, co widzisz, słyszysz i czujesz.

    Ale to nie wszystko, za nimi podążają umiejętności interpersonalne: spostrzegania najdrobniejszych słów, znaków, umiejętność uważnego słuchania, odbierania subtelnych sygnałów w obcowaniu z innymi ludźmi. Kolega wysyła do Ciebie przekaz taki sam jak zawsze, ale Ty zaczynasz go odbierać inaczej, znacznie wyraźniej i silniej. I to jest cenna umiejętność, która pomaga w nawiązywaniu kontaktów i wzmacnianiu empatii w stosunku do ludzi.

    „A gdzie tu wada?” – zapytasz. Otóż nagle okazuje się, że ów kolega, który do tej pory wydawał się całkiem do rzeczy, potrafi wygadywać największe głupoty, jakie w życiu słyszałeś, a do tego słyszysz je teraz tak wyraźnie, jakby wykrzykiwał Ci je prosto w ucho przez megafon. Dlatego trudno jest to zignorować i robić po prostu to samo, co dotąd. Mindlessness, czyli bezmyślność, która dociera do Ciebie, zaczyna coraz bardziej kłuć w oczy. Trudniej jest przytaknąć na: „jak nałożę obrączkę / kupię dom / dostanę swoje biuro, to wtedy wszystko się jakoś ułoży i będę szczęśliwy” albo „taka jestem zestresowana, że chyba się napiję”. Bezmyślność, czyli po prostu: życie bez myślenia, bez refleksji oraz autorefleksji, zaczyna Ci mocno doskwierać. Kiedy medytujesz, z biegiem czasu zdajesz sobie sprawę, jak bardzo nie chcesz przespać swojego życia w bezmyślności. Tego samego życzysz innym i zauważasz każdy przejaw braku uważności w zachowaniach i wyborach innych ludzi.

    *Krótka lekcja angielskiego – Mindfulness po polsku tłumaczy się jako uważność, a rozkładając to słowo na części pierwsze mamy: mind = umysł, full = pełny, ness = przyrostek, który tworzy rzeczownik. A zatem dosłownie i nieco kalecząc ten wyraz, mindfulness można przetłumaczyć jako pełnię umysłu, świadomości. Z kolei mindlessness to odwrotność minfulness czyli brak umysłu, rozsądku czy świadomości, inaczej mówiąc bezmyślność (od ang. less = mniej).

  2. Zmniejszona tolerancja na własne nawyki – wybryki

    To co zauważasz u innych, to i tak jedynie ułamek tego, co zaczynasz wyraźnie dostrzegać w sobie samym. Przejście ze stanu bezmyślności do uważności rzuca słup światła na Ciebie samego. Nagle na jaw wychodzą niekonstruktywne myśli, toksyczne emocje, destrukcyjne zachowanie, które kierujesz do siebie. Pojawiają się wątpliwości dotyczące własnego postępowania: „po co ja jem to sztuczne świństwo?”, „już piątą godzinę siedzę przed telewizorem”, „ewidentnie sam siebie straszę własnymi myślami” itd. Jest tego sporo i przyznasz, że nie jest to przyjemne i łatwe do zniesienia.

    Ale to dobrze że tak się dzieje, bo żeby wysprzątać pokój, musisz najpierw zobaczyć bałagan. Wtedy zaczynasz sprzątać, pracować nad własnymi myślami. Krok po kroku, uczysz się wybierać rzeczy pozytywne, dobroczynne, zdrowe i przyjazne. To bez wątpienia zysk. Ale strat też nie brakuje. Robiąc porządek, wyrzucasz wiele rzeczy, z którymi zdążyłeś się już zżyć i utożsamić: oglądanie telewizji w wolnych chwilach z paczką chipsów, słuchanie i powtarzanie najnowszych oraz „bardzo ważnych” wiadomości i plotek, przerwa na papieroska, stek z grilla i zimne piwo i tym podobne – to wszystko powoli idzie w odstawkę. Żyłeś tak wiele lat, rutynowo, a teraz wyzbywasz się swoich dobrze znanych i przyjemnych ścieżek. Powstaje pewna pustka, a może i tęsknota. Nie wiedząc, że właśnie przychodzą o wiele lepsze, odnosisz wrażenie, że stare dobre czasy się skończyły.

  3. Wychodzisz przed szereg

    Widzisz, pracujesz i zmieniasz: swoje nawyki, myślenie, postrzeganie świata. Jednym słowem pozbywasz się „bez” z bezmyślnie, a mindlessness wymieniasz na mindfulness. Pięknie, i tym lepiej dla Ciebie, ale… za to też płaci się pewną cenę. Mówi się, że wszyscy się uczymy i każdy z nas jest na pewnym etapie osobistej ścieżki rozwoju, czy jest tego świadomy, czy nie. Niektórzy dopiero zaczynają, innym wydaje się, że są już tuż tuż przy mecie (choć wiadomo, że w tej dyscyplinie mety nie osiąga się nigdy). Bo kiedy nabierasz wiatru w żagle, łapiesz impet i idziesz do przodu, to zostawiasz jednocześnie swoje otoczenie w tyle. A im lepiej Ci idzie, tym dalej od swoich bliskich możesz się znaleźć. Tym bardziej się odróżniasz. Tym czarniejszą owcą się stajesz. Oddalasz się od swojego stada, odstajesz od normy. To kolejny znak, że medytacje odnoszą skutek. Już nie dajesz zgody na wszystko, bezmyślnie akceptując, co robi większość, ale masz swoje zdanie i zastanawiasz się na tym, co robisz. A z drugiej strony… jak każdy odkrywca, w pewnym sensie zostajesz sam.

No dobrze, przyznaję się – cały ten tekst napisałam nieco przekornie. I pomimo że wszystkie trzy punkty są bardzo prawdziwe, to uważam, że medytować warto, nawet pomimo strat. Bo koniec końców, straty te okazują się korzyściami. Zauważasz więcej, więc lepsze decyzje jesteś w stanie podejmować w stosunku do siebie oraz do innych. A poza tym, nawet w trudnych chwilach, właśnie na medytacji i uważności możesz oprzeć „opłakiwanie” strat i wchodzenie na nowe, jeszcze nieznane ścieżki.