Co możesz stracić dzięki medytacji

„Co zyskałeś dzięki medytacji?” – zapytał sceptyk Buddę.
„Nic” – odpowiedział Budda – „Ale mogę Ci powiedzieć, co dzięki medytacji straciłem: złość, lęk, depresję, niepewność, strach przed starzeniem się i śmiercią.”

Zyski – znikome

Wyciszasz komórkę, siadasz, zamykasz oczy i…

… i nic. Nic się nie dzieje. Myśli sobie krążą jak krążyły, oddychasz jak oddychałeś, prędzej czy później jakaś część ciała zaczyna Ciebie swędzieć. Wybacz, ale chyba nie o takie rezultaty Ci chodziło. W końcu medytujesz po to, żeby coś z tego mieć. Po co się wysilać, jeśli nie ma co liczyć na nagrodę?

Jeśli myślisz w ten sposób (jak wielu innych), to możesz się niestety rozczarować.

Co prawda, po pewnym czasie regularnej praktyki, myśli – owszem, krążą coraz spokojniej, podobnie jest z oddechem, no i nawet to swędzenie jakoś odpuszcza. Ale jeśli chodzi o zyski, to nadal trochę ich mało.

Nie mogę zaprzeczyć. Faktycznie zyskujesz niewiele. Przynajmniej do momentu, w którym zaczniesz zauważać, co tracisz. Wtedy na pewno przyznasz, że inwestycja zaczyna się zwracać.

Bo w przypadku medytacji największym zyskiem jest to, co uda Ci się stracić.

Oto czego ja w ten sposób się pozbyłam:

  1. Nerwowość

    Żeby była jasność – nadal się stresuję różnymi sytuacjami. Ale jednak nerwy nerwom nie równe. Czym innym jest nerwowość, która Cię wsysa jak trąba powietrzna, przewraca do góry nogami kilka razy i przemieszcza tam, dokąd wcale nie planowałeś trafić. A czym innym jest stres, podczas którego słyszysz wewnętrzny głos: „spokojnie, to tylko trudniejszy moment, przejdzie”.

    Medytacja nie pozbawi Ciebie stresu (i bardzo dobrze), ale na pewno pozwoli przeżyć go inaczej, bardziej świadomie. Będziesz pamiętał, że to „tylko” jeden z tych gorszych momentów. Po takim wydarzeniu, o wiele szybciej dojdziesz do siebie. Przeważnie będziesz potrzebował kilku minut, godzinki albo nocy, dzięki której poradzisz sobie z tym, co akurat zesłał los.

  2. Niecierpliwość

    Kolejka do kasy? Godzinne opóźnienie z powodu korku? Zepsuty telefon, na którym każdy ruch przychodzi z kilkusekundowym opóźnieniem? Dla mnie to żaden problem. Kiedyś było inaczej, w myślach popędzałam ludzi albo samochody przede mną, sądząc, że mam na to jakiś wpływ.

    Rzecz jasna, jedyne na co wpływałam, to swoje samopoczucie, które dość skutecznie obniżałam. Dziś – mogę czekać. W sumie czekanie to bardzo ciekawy stan umysłu. Niespodziewana wolna chwila, z którą możesz zrobić co Ci się tylko podoba.

    Zmiana otoczenia znajduje się poza Twoją kontrolą – ani nie wyjdziesz z samochodu, ani nie popchniesz zakorkowanych ulic do przodu. Jedyne co możesz zmienić to swój oddech (weź kilka głębszych), swoje myśli i swój nastrój (włącz radio i pośpiewaj).

  3. Ślepą wiarę we własne myśli

    Kiedy ćwiczysz obserwację swojego oddechu, równocześnie zaczynasz obserwować własne myśli. Nie osądzasz ich, nie angażujesz się w nie, tylko patrzysz jak na chmury na niebie. A kiedy już umiesz przyglądać się swoim myślom z boku, zaczynasz dostrzegać wyraźnie jak nieprawdziwe często bywają. Łapiesz się na tym że:

    • straszysz sam siebie katastroficznymi wizjami,

    • podcinasz sobie skrzydła niewiarą we własne możliwości,

    • zamartwiasz się tym co najpewniej nigdy się nie urzeczywistni.

    Dzięki medytacji najczęściej udaje mi się zejść ze sceny i usiąść na widowni swojego umysłu, skąd obserwuję własne myśli.

    Ale to nie znaczy, że potrafię wyeliminować te, które mi się nie podobają. Nie. One nadal są. Tak jak i na niebie czasem pojawiają się cięższe chmury gradowe. Ale to, co daje medytacja to wybór: możesz wrócić z powrotem na scenę, przeżyć gradobicie i zadziałać pod jego wpływem albo obserwować i po prostu sobie odpuścić. To wolność, której uczy medytacja.

Używałam słów „najczęściej” albo „przeważnie” – i to nie przypadek. Nie zawsze udaje mi się zachować spokój czy cierpliwość. Nie udało mi się tych rzeczy stracić na zawsze, jak Buddzie. I szczerze – wcale na to nie liczę, ani nie tego oczekuję. Dla mnie „przeważnie” to i tak całkiem niezły wynik. :-)

Medytujesz? Ćwiczysz uważność (w jakiekolwiek formie)? Powiedz, co udało Ci się dzięki niej stracić?