Gotowa odpuścić sobie samokrytykę? Świetnie! Zaczynamy

Gdyby tak przez chwilę (niekoniecznie długą) się zastanowić, to samokrytyka i autoempatia w zasadzie dążą do tego samego.

Czyli chcą, żebyś:

  • przeczytała jedną książkę na miesiąc,
  • przepłynęła 10 długości basenu,
  • przebiegła kilometr o świcie co drugi dzień,
  • albo mówiła płynnie po angielsku.

A zasadnicza różnica między nimi polega na sposobie, w jaki dążą do celu. Nie chodzi więc o „co” ale „jak”. I dlatego kluczowe pytanie brzmi: który sposób jest lepszy?

Cel ten sam, tylko sposób bardzo odmienny

Załóżmy, że chcesz nauczyć się swobodnie mówić po angielsku. Jeden cel, ale nauczycieli mamy dwóch.

Pierwszy dopinguje swoich uczniów mniej więcej takimi „motywującymi” pogadankami:

  • „No, dalej! Co tak milczysz? Języka w gębie Ci zabrakło? Nie obijaj się tak! Nieudacznik! Ty tu na wakacje przyszłaś? Gadaj! Szybciej! Czas leci. Wstydzisz się? Patrzcie, dorosła babka a się wstydzi, a to dobre! Twoja siostra od dawna mówi płynnie i jeździ zagranicę, a Ty co? Ile lat można się uczyć? Ty chyba jakaś ograniczona jesteś! Co tak dukasz? Kiedy zaczniesz mówić? Na emeryturze?”

Drugi natomiast, podchodzi do Ciebie z goła inaczej. Podaje Ci rękę na powitanie i mówi:

  • „Mamy przed sobą spore zadanie, ale po pierwsze: jest ono możliwe do wykonania, a po drugie, możesz liczyć na moje stałe wsparcie. Pamiętaj, masz prawo wahać się, zacinać, popełniać błędy i mieć wątpliwości – tym się zupełnie nie przejmuj, po to tu jesteś, żeby się uczyć. I nie myśl, że tylko Ty się krępujesz mówić w obcym języku. Każdy uczeń, którego uczyłam zawsze się krępuje na początku. Każdy ma do przełamania jakąś blokadę. To normalne. Postaram się zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby nasze lekcje były dla Ciebie owocne.”

No to jak? U którego wykupujesz roczny kurs? (Dla siebie? Dla swojego przyjaciela? Dla dziecka?)

Samokrytyka – popularne nie znaczy dobre

Problem z samokrytyką polega na jej popularności. Krytyka lub samokrytyka to prosta sprawa. Łatwo jest skrytykować siebie, internetową celebrytkę od makeup’u, albo wujka, który zawsze na weselach opowiada ten sam suchar. Łatwizna! I właśnie dlatego, że tak łatwo nam to przychodzi, stało się bardzo popularną reakcją na wszystko.

Do tego gdzieś ktoś po drodze dołożył opinię, że niby to samokrytyka motywuje i pomaga żyć. No i masz, gotowe – przepis na wszystko zawsze pod ręką.

Chcesz zmotywować dziecko do odrabiania pracy domowej – skrytykuj je. Chcesz zachęcić pracownika do intensywniejszej pracy – skrytykuj go. Chcesz sama siebie zagonić do nauki słówek – skrytykuj siebie.

Po pewnym czasie nie widzisz już innych opcji niż ta, która ciągle i wszędzie sama Ci wchodzi w oczy. Plus jej rzekoma skuteczność.

„No ale jak będę do siebie miękko podchodzić to już w ogóle nic nie zrobię, skończę z nadwagą i pilotem od telewizora przyklejonym do dłoni. Twarde gadki mnie motywują.” – być może pomyśli większość tych osób, których zawsze otaczała krytyka.

I to jest bardzo smutne, wiesz?

Bo to oznacza, że krytyka tak mocno przesiąkła do ich życia, że nawet nie wyobrażają sobie, że można nie toczyć ze sobą wojen, a jednocześnie realizować się i być zadowolonym ze swojego życia.

Że istnieje inny sposób na naukę, pracę, relacje i relaks, niż zawstydzanie i krytykowanie siebie za to, na czym świat stoi.

Autoempatia

Mimo że samokrytyka zyskała miano skutecznej i pomocnej (coś jak plotka, że Elvis żyje – popularna, ale nikt nie potrafi jej udowodnić), to badania i eksperymenty psychologiczne w ogóle tego nie potwierdzają.

Pokazują wręcz dokładnie coś odwrotnego! Że jeśli będziesz siebie stale krytykować, stracisz motywację do działania (!!), szybko zniechęcisz się, zrezygnujesz przedwcześnie, poddasz się, a po drodze całkiem nieźle zestresujesz i zgubisz poczucie własnej wartości.

Z autoempatią sprawa ma się odwrotnie – popularna opinia głosi: „jak będę łagodna dla siebie to nie będę miała motywacji do niczego”, a badania naukowe na to: „jak będziesz do siebie łagodna, to będziesz miała większą motywację niż kiedykolwiek wcześniej, tak jak i poczucie własnej wartości, wytrwałość, cierpliwość, odpuszczanie własnych błędów i wewnętrzny spokój.”

Czyli nauczyciel numer dwa to osoba, która nauczy Cię więcej, lepiej i nie przypłacisz jego lekcji migreną ani kompleksami (w przeciwieństwie do pierwszego). I zwróć uwagę! – on wcale NIE mówi: „skocz po czipsy, połóż się na kanapie, po kiego grzyba się wysilać z jakimś angielskim, daj se luz”.

On wymaga, uczy, zachęca, motywuje i aktywizuje – tylko w nieagresywny sposób.

„Kiedy kwiat nie kwitnie, napraw środowisko, w którym rośnie, a nie kwiatka” – mówi słynny cytat. Twoim środowiskiem jest to, co do siebie mówisz, jak się do siebie zwracasz, jak siebie traktujesz. Zadbaj o to żeby było wspierające a nie samokrytyczne.

Daj znać jak działa na Ciebie samokrytyka a jak autoempatia (o ile po nią sięgnęłaś).