bocian

„Idzie, idzie, ja mam czas” – czyli o tym, że dobro mamy w naturze

„Ale miło!” – pomyślałam. Jechałam właśnie autobusem, męczył mnie wtedy uporczywy kaszel pogrypowy, na co pan kierowca wyciągnął ze swojego schowka tabletki do ssania i dał mi je. „Ale tu są mili ludzie.” – nie mogłam wyjść z podziwu. To był mój pierwszy wyjazd zagranicę. Czułam się jak na innej planecie. Wszystko było inne: ulice, domy, sklepy, język, a przede wszystkim ludzie. Ta pozytywna lekkość, z jaką uśmiechają się i nawiązują kontakt wzrokowy. Albo te przyjazne rozmowy z całkowicie obcymi ludźmi, przypadkowo spotkanymi w autobusie, czy też w kolejce do kasy! Coś wspaniałego!

Czemu u nas atmosfera wydaje się cięższa, uśmiechy prawie niewidoczne, a uprzejmości wymieniane rzadko? Czyżby mieli rację ci, którzy zawsze powtarzają, że to z Polską jest coś nie tak? Że to kraj, w którym się nie da. Nie da się uśmiechać. Nie da się być serdecznym, ani przyjaznym.

Dziś już nie zadaję sobie takich pytań, bo wiem, że atmosfera w Polsce też jest taka ciepła i lekka, i że się da. A żeby się o tym przekonać, najlepiej wyjechać z miasta, gdzieś na koniec cywilizacji. Gdzieś do małej mieściny lub wioseczki z kilkoma domami. Otwórz oczy i nadstaw uszu, a zadziwi Cię to, co tam zobaczysz. Zdarzyło mi się to wielokrotnie.

Hen za górami hen za lasami, gdzie diabeł mówi dobranoc, jestem ja i mój rower. Podgryzam świeżo zerwane z drzewa jabłko i jadę, ciesząc się sama do siebie i do słońca. Nagle pod koła wybiega mi bardzo hałaśliwy piesek wielkości dorosłego szczura. Za nim pojawia się jego pani, nie znam jej, ale słyszę jak przekrzykuje swojego czworonoga i woła w moim kierunku: „Szczęśliwej drogi Ci życzę! Wszystkiego dobrego!”

Jadę dalej, znajduję sklep, prawdopodobnie jedyny w promieniu kilkunastu kilometrów, więc warto zaopatrzyć się w coś na ząb. Staję w kolejce, ale widzę, że starsza pani, która była przede mną, zaczyna się wycofywać. „Proszę bardzo, Pani była tu pierwsza” – mówię do niej. „Idzie, idzie, ja mam czas.” – odpowiada mi uśmiechając się.

„Ty to Helenka ze wszystkim sobie dasz radę! Zdolna z Ciebie babka.” – uśmiecha się szeroko sąsiad do sąsiadki, która na swoim podwórku wyrabia ciasto na własny chleb. „Łatwo nie jest, teraz muszę godzinę wyrabiać.” – odpowiada mu. „Nie takie rzeczy robiłaś, co to dla ciebie!”

Koniec przejażdżki, dobijam do mojej wakacyjnej przystani. „Emilka!” – słyszę. To sąsiadka, niesie wiadro ogórków, marchwi i buraków, prosto z pola. „Trochę popękane, bo to ta susza, ale dobre.” Nie wiem jak jej dziękować. Nawet gdyby były całe wysuszone, dla mnie będą najlepsze na świecie.

Mam déjà vu. Przypominam sobie mój wyjazd zagranicę. Wtedy zachwycałam się uprzejmością i ciepłem, jakim ludzie szczodrze siebie tam obdarowywali, a teraz widzę to samo. To samo, a może i jeszcze więcej, i to w dodatku tu, w naszej Polsce. Polsce prostej, polnej, leśnej, dalekiej od centrów handlowych, internetu i lotnisk.

Od tej pory nigdy nie mówię, że w Polsce nie wiemy, co to uprzejmość, że nie uśmiechamy się do siebie, że zawsze jesteśmy interesowni – bo to nieprawda. Wiemy i to bardzo dobrze, choć zdarza nam się o tym zapomnieć. Ale ciepło i przyjazny stosunek do świata mamy w swojej naturze, jak wszystkie inne nacje na całym świecie. Bo współpraca i budowanie relacji z innymi, a nie niszczenie ich, leży u podstaw naszego przetrwania. Bo jak zauważył Charles Darwin: „Te społeczności, które liczyły najwięcej osób potrafiących współczuć, rozwijały się najlepiej i wychowywały największą liczbę potomków.” Jeśli nasi przodkowe chcieli przetrwać, musieli pomagać sobie nawzajem, nawiązywać przyjazny kontakt, ufać sobie i współpracować. (O Darwinie i przetrwaniu najłagodniejszego piszę obszerniej w moim innym tekście – o tutaj).

A zatem, nawet jeśli nie wierzysz, że przykłady, które przytoczyłam, są prawdziwe, choć zapewniam Cię, że tak jest, nawet jeśli uważasz, że Polacy różnią się pochodzeniem od wszystkich pozostałych homo sapiens i mają inne geny, to nasza, Twoja i moja natura, wskazuje inny kierunek. Bo, czy zgadzasz się z tym, czy nie, z natury jesteśmy sobie bardziej przyjaźni, otwarci, niż to mogłoby się wydawać.

Jasne, że moja dzisiejsza opowieść jest nieco jednostronna, bo skupiam się w niej głównie na pozytywach (podobnie jak uczę się to robić każdego dnia). Oczywiście, że my – jak każdy inny naród – mamy też swoje minusy. I jest ich nawet sporo. Ale przekręcając słowa świetnego skądinąd polskiego filmu – rozchodzi się jednak o to, żeby te minusy nie przesłoniły nam plusów! :-)