Wiśnie

Jak można nie medytować? – pytam się

Słońce właśnie wychyliło ponad horyzont swój koci grzbiet. Wyciągam nogi do góry na ogrodowej kanapie na balkonie. Wokół cisza i spokój, z rzadka słychać stukanie obcasów na chodniku albo silnik przejeżdżającego samochodu. Nikt i nic mi nie przeszkadza i nie przerywa. Nakładam słuchawki na uszy, włączam „start” i zaczynam kolejny dzień w mój ukochany sposób – medytacją.

Czasem jedynie 20 minut, innym raz co najmniej godzinę – gdziekolwiek jestem i cokolwiek robię, zawsze staram się wygospodarować na medytację specjalne miejsce w ciągu dnia. Jednak, pomimo chęci, nie zawsze to się udaje, wtedy odczuwam ten brak wyraźnie. Dlatego robię wiele, by jednak mój mały rytuał doszedł do skutku każdego dnia.

Leżę na kanapie, patrzę w niebo i zastanawiam się: jak to możliwe, że można mieć problem z systematycznym medytowaniem. Przecież dzisiaj wszyscy mówią o niezliczonych zaletach medytacji. Cała masa książek, czasopism, blogów uczą, jak rozpocząć i jak pozostać przy tym zwyczaju. Zadziwiają mnie też moje osobiste autorytety z psychologii pozytywnej, które podczas wywiadów, sypią jak z rękawa korzyściami wypływającymi z medytowania. Wszystko podpierają badaniami naukowymi, aby na koniec przyznać, że sami medytują jedynie od czasu do czasu, bo nie potrafią się zmobilizować…

I tak sobie leżę i nie dowierzam – jak można odcinać sobie dostęp do łatwej, szybkiej i skutecznej drogi do szczęścia, do czystego błogostanu.

Naszą przestrzeń wypełnia hałas, potok słów, stres, tempo i cała masa przeróżnych myśli. Tuż za nimi w kolejce ustawia się cały wachlarz emocji. Gotujemy się we własnym kotle i nawet kiedy odpoczywamy, to ogień pod nim nadal się pali. Może nieco słabszym płomieniem, ale jednak nie gaśnie. Za to medytacja potrafi wygasić go kompletnie. Dzięki niej masz szanse choćby na 20 minut dziennie przestać gotować się we własnym sosie. A to już wystarcza, żeby naprawdę odpocząć, nabrać sił, optymizmu i uspokoić swoje myśli i czyny. Magia? Nie. Medytacja.

No więc czemu – pytam siebie raz kolejny – odbierać sobie szansę na tak błogą odskocznię? Poniżej moje przypuszczenia, dlaczego tak się dzieje i jak temu zaradzić:

  • Brak czasu?

    Gdybym Ci powiedziała: wykombinuj jutro 20 wolnych minut, a dostaniesz w nagrodę 100 tysięcy złotych, wykombinowałabyś? Śmiem przypuszczać, że tak. Więc się da? Da.

  • Brak umiejętności?

    Wszyscy jesteśmy wykwalifikowani w siedzeniu, albo leżeniu. To nie fizyka kwantowa. Wyłączyć telewizor, komputer, czy telefon raczej też potrafimy.

  • Walka z myślami?

    Medytacja to żadna walka. To wcale nie polega – wbrew powszechnej opinii – na wyłączeniu naturalnej pracy mózgu. Bliżej prawdy jest mucha na ścianie, która po prostu sobie siedzi i obserwuje. Nie ocenia, nie wtrąca się, nie wysila, tylko siedzi i patrzy.

  • Nie wiesz, jak inni zareagują?

    Nie masz obowiązku zwierzania się komukolwiek ze swoich prób medytacji. Jeśli nie czujesz się z tym komfortowo, niech medytacja pozostanie Twoją słodką tajemnicą.

  • Brzmi za bardzo podejrzanie?

    To warto wyprostować – medytacja nie jest religią, ani odłamem jakiejś wiary. Czy bierzesz pod uwagę swoje życie duchowe, kiedy idziesz na aerobik, aby zadbać o ciało? Raczej nie. No więc nie bierz go i wtedy, kiedy medytując, dbasz o swój umysł.

Dlaczego nie medytujesz? Choć intelekt podsuwa mi wiele powodów, począwszy od prostych wymówek, a skończywszy na sceptycznym nastawieniu, lub zwykłym: „bo nie chcę”, to serce nie do końca w to wszystko wierzy. Bo trudno w to uwierzyć, kiedy leżę i patrzę w niebo, a moje myśli spokojnie wędrują tam, gdzie ja tego chcę, w rytm mojego oddechu. I kiedy w mojej świadomości pojawia się jedynie: „niczego mi więcej nie potrzeba”.

Zachęcam do przeczytania innych moich tekstów na temat medytacji: